Prywatne a państwowe, czyli „nowe standardy” marszałka
Łukasz Warzecha 28.07.2019

Sprzed lat pamiętam dwie afery. Jedna wybuchła wokół tego, że poseł, a zarazem minister w swoim rządowym biurze odbierał (nie nadawał) faksy (to były czasy, gdy takie urządzenie było jeszcze popularne) związane z jego działalnością poselską i partyjną. Druga – ponieważ pani minister sfinansowała zakup pieluch (i paru innych drobiazgów) dla swojego małego dziecka służbową kartą.

 

Nie muszę chyba wyjaśniać, że żadna z tych afer nie wybuchła w Polsce. Pierwsza miała miejsce w Wielkiej Brytanii, druga w Szwecji w 1995 roku. Ta ostatnia zaowocowała zresztą wycofaniem się pani minister i wicepremier zarazem, Mony Sahlin, z konkurencji o zastąpienie odchodzącego na emeryturę ówczesnego premiera Invara Carlssona. Co ciekawe, pani Sahlin nie sprzeniewierzyła publicznej kasy. Prywatne wydatki poczynione za pomocą służbowej karty w końcu zwracała, tyle że z parumiesięcznym opóźnieniem.

Bardzo ciekawe są też zasady funkcjonowania kanclerza federalnego w Niemczech. Gdy, na ten przykład, pani Merkel zapragnie udać się służbowym autem po godzinach pracy do restauracji albo na koncert, musi za jego użyczenie zapłacić ze swojej kanclerskiej pensji. No, ale to w Niemczech.

W Polsce obowiązuje nieco inny styl. Jeśli o obecnej władzy można powiedzieć, że to Sanacja 2.0, to wszystko się zgadza. Również gdy idzie o rozgraniczenie tego, co prywatne i tego, co państwowe. Weźmy choćby okoliczności śmierci gen. Gustawa Orlicza-Dreszera, jednego z ulubionych żołnierzy Komendanta, żarliwie wspierającego zresztą zamach majowy i domagającego się ostrej rozprawy z przeciwnikami politycznymi piłsudczyzny. Oto 16 lipca 1936 r. pan generał zasiadł w wojskowej maszynie treningowej RWD9 z Grudziądza wraz z dwoma kolegami wojskowymi. Oficjalnie był to lot szkoleniowy, ale faktycznie była to czysta prywata pana generała, który chciał efektownie przywitać swą wracającą z Ameryki na m/s „Piłsudski” żonę (zresztą drugą, co było źródłem jednego z większych skandali towarzyskich II RP). Jako że generał był od tygodnia inspektorem obrony powietrznej, więc mógł sobie dla swojej przyjemności „pożyczyć” państwowy samolot. Bo kto mu podskoczy?

Samolot rozbił się nad morzem na wysokości Orłowa, prawdopodobnie z powodu kłopotów z silnikiem, wszyscy trzej obecni na pokładzie zginęli. Nie było oczywiście mowy o tym, żeby rozpoczęło się jakiekolwiek śledztwo w sprawie „sprywatyzowania” państwowej maszyny. Przeciwnie, pana generała pochowano z wielką pompą, w dodatku przełamując opór proboszcza kościoła na Oksywiu, który nie chciał wystawić w środku trumny rozwodnika i odmawiał otwarcia drzwi. Zatem przed mszą pogrzebową przyjechali weseli marynarze ciężarówkami, drzwi wyjęli, msza się odbyła i dopiero potem drzwi oddano.

Loty marszałka Marka Kuchcińskiego rządowym samolotem z rodziną wpisują się zatem w sanacyjną tradycję. Z tą istotną różnicą, że gdyby w 1936 roku jakieś medium zechciało się do tragicznie zmarłego notabla przyczepić i napisać na przykład, że za swoje działanie powinien – gdyby przeżył – stanąć przed prokuratorem, zafundowałoby sobie zapewne wizytę panów z mocnymi lagami, którzy skutecznie zdemolowaliby redakcję. Tak jak to się stało z „Dziennikiem Wileńskim”, którego dziennikarzy brutalnie pobito na rozkaz gen. Stefana Dąb-Biernackiego w 1938 roku za nazwanie Piłsudskiego (zresztą bez nazwiska) w jednym z tekstów przez prof. Stanisława Cywińskiego „kabotynem”. Na koniec, zamiast postawić przed sądem napastników, postawiono przed nim pobitych.

Ale przecież PiS jedynie wpisał się w obowiązujące zasady w III RP. Wystarczy przypomnieć ministra Sikorskiego, posyłającego BOR po pizzę albo płacącego służbową kartą za prywatną kolację. O pytaniach, jakimi kartami płacono za ośmiorniczki, nie wspominając. Wówczas z oburzenia dusili się dzisiejsi obrońcy Marka Kuchcińskiego.

Teraz wiceminister Paweł Szefernaker oznajmia na Twitterze, że marszałek Kuchciński wyznacza nowe standardy, a poseł Arkadiusz Mularczyk zapowiada, że złoży interpelację w sprawie lotów Donalda Tuska rządowym samolotem. Prorządowe media zaś przypominają ekscesy z czasów poprzedniej władzy, po raz tysiąc sto osiemdziesiąty szósty przekonując nas, że skoro tamci robili źle, to ci też mogą. Lub że winy ich poprzedników w jakiś tajemniczy sposób zmniejszają winy obecnej władzy. Władzy, która przecież zapowiadała, że wprowadzi nowe standardy uczciwości i przejrzystości.

Gdy idzie o interpelację posła Mularczyka, to gorąco bym odradzał. Najpierw bowiem należałoby spytać, dlaczego pan poseł zamierza ją złożyć teraz, a nie złożył jej w poprzedniej kadencji. No i pamiętajmy, że są to jednak sytuacje nieporównywalne: Tusk, owszem, zrobił z gęby cholewę, ale latał rządową maszyną jako premier, do czego miał prawo. Możemy, a nawet powinniśmy dyskutować o tym, czy powinno ono być nieograniczone. Jest to jednak co innego niż zabieranie na pokład postronnych osób.

Gdy idzie zaś o ministra Szefernakera, to sugerowałbym, żeby popracował trochę nad robieniem z ludzi idiotów, bo na razie słabo mu idzie. Ten „nowy standard” polega przecież na tym, że przyciśnięty do muru przez media Kuchciński, po osobistej interwencji Jarosława Kaczyńskiego, łaskawie zamierza wpłacić jakieś pieniądze na cel charytatywny, bo nawet nie do budżetu.

Wszystko to prowadzi nas jednak do pytania, czy pretensje do Kuchcińskiego są przesadzone i co w ogóle zrobić z takimi sytuacjami. Pisałem o tych sprawach wielokrotnie, niezliczoną liczbę razy również w „Fakcie”, jeszcze za czasów SLD czy potem PO. I zawsze byłem zwolennikiem rozwiązań jasnych i klarownych.

W największym skrócie: maksymalne ograniczenie apanaży przy znaczącym podniesieniu wynagrodzeń oraz jasne rozgraniczenie tego, co publiczne od tego, co prywatne. Jak wiadomo, tendencja jest odmienna. Pokazał to już skrajnie populistyczny ruch Kaczyńskiego z ograniczeniem uposażeń poselskich. Załóżmy jednak, że mówimy tutaj o rozwiązaniach na pewno nie idealnych, ale lepszych niż to, co mamy. Akurat w tym wypadku jestem przekonany, że w pełni zasadne jest stworzenie opozycji Wschód kontra Zachód. Postawa Kuchcińskiego jest w swojej istocie wschodnia: to, co publiczne, płynnie przechodzi w prywatne i nie stawiamy tu żadnej granicy. W tym samym obozie rządzącym reprezentowana jest też jednak postawa zachodnia. Kinga Duda, która towarzyszyła parze prezydenckiej podczas niedawnej wizyty w USA, poleciała za prywatne pieniądze rejsowym samolotem; z prywatnych pieniędzy był też opłacany jej pobyt w Stanach Zjednoczonych. I tu trzeba bardzo pana prezydenta pochwalić. Zwłaszcza że nie była to jakaś spóźniona reakcja na krytykę, ale decyzja podjęta przed podróżą, zanim jakiekolwiek pytania o tę sprawę się pojawiły.

Jakie zatem rozwiązania należałoby przyjąć? Pierwsza sprawa to rozgraniczenie spraw partyjnych od rządowych. Tu postawienie wyraźnej granicy jest oczywiście bardzo trudne, ale trzeba się starać. Wiadomo, że znaczna część wydarzeń rządowych i państwowych jest w gruncie rzeczy promocją partii władzy, tej czy innej – trudno. Ale jeżeli mówimy o tych wydarzeniach, które ewidentnie mają charakter partyjny – niech płaci partia. Nie ma na przykład żadnego powodu, żeby na partyjną konwencję szef rządu był transportowany za publiczne pieniądze. Jeśli ma na niej być, niech koszt jego przyjazdu pokrywa partia. To też w dużej mierze publiczne pieniądze, bo z subwencji, jednak zabierane z budżetu ugrupowania.

Znacznie łatwiej oddzielić to, co publiczne od tego, co prywatne w przypadku codziennej pracy tych, którym przywileje przysługują. Członek rządu musi mieć możliwość sprawnego poruszania się w sprawach służbowych. Ale w którymś momencie praca się kończy. Kolacja z kolegami w restauracji, wyjście do teatru czy odebranie dzieci ze szkoły to już sprawy prywatne.

Nie chodzi zresztą o to, żeby projektować w tym tekście rozwiązanie ustawowe. Ono – to jasne – nigdy nie będzie w stu procentach szczelne ani doskonałe. Poza tym przyzwoitości nie da się zadekretować. Chodzi natomiast – przepraszam za oklepany frazes – o zasadę. Zasada zaś jest taka, że pieniądze podatnika się szanuje i że one nie służą do tego, by rządzący mogli sobie fundować przyjemności. Nie chodzi też oczywiście o to, żeby zrobić z nich biedaków, którzy będą się notorycznie spóźniać na spotkania. Marszałek Sejmu musi mieć dostęp do rządowego samolotu – nie ma co do tego wątpliwości. Ale ten dostęp musi mieć swoje ograniczenia i musi dotyczyć tylko jego samego oraz tych, których obecność jest niezbędna ze względu na obowiązki marszałka. Czy tak trudno to zaakceptować?

Cóż, jak widać – niektórym trudno. Lecz, jak wiadomo, najbardziej rozpowszechnionym dziś w Polsce światopoglądem jest kalizm.