Państwo i Prawo
Rok chocholego tańca
Łukasz Warzecha 22.02.2021

Minął już prawie rok, odkąd na blogu WEI opublikowałem pierwszy tekst na temat pandemii. Był to początek marca 2020 r., tekst nosił tytuł „Histeryczna specustawa, czyli rząd jak handlarz samochodami” i dotyczył procedowanej w skandalicznym trybie, absurdalnej w wielu miejscach i przepychanej kolanem specustawy covidowej. 

 

Na wstępie pisałem:

Największym zmartwieniem związanym z epidemią wirusa z Wuhan nie powinna być rzekoma spekulacja maseczkami (które i tak nic nie dają, ale są wykupywane w ramach owczego pędu, a dzielne państwowe służby ścigają już „spekulantów”, którzy zastosowali normalne zasady rynkowe: cena rzadkiego dobra rośnie), ale wpływ wirusa i atmosfery wokół niego na gospodarkę, także polską.

I nieco dalej: 

Inna sprawa, że szantaż, który rządzący uskutecznili w sprawie specustawy o zwalczaniu COVID-19 okazał się skuteczny: podczas wczorajszego wieczornego głosowania wszyscy posłusznie zagłosowali za napisaną byle jak, na chybcika, i budzącą ogromne wątpliwości ustawą. Wszyscy – z wyjątkiem Konfederacji, co warto odnotować.

Dalej analizowałem konkretne absurdy, zawarte w ustawie, obowiązującej przecież do dzisiaj. Zaiste, w tym przypadku chętnie zrzekłbym się gorzkiej satysfakcji z celnego przewidywania przyszłości, której zresztą i tak nie przewidziałem w pełni. Gdy bowiem zwolennicy „siedzenia na d…” w czasie wiosennego lockdownu przekonywali, że można te „dwa tygodnie” wytrzymać, pisałem, że to nie będą dwa tygodnie, ale pół roku. Okazało się, że minął rok, a my jesteśmy nie tak daleko od punktu wyjścia. 

Powiedzą państwo: jak to, przecież jest szczepionka i akcja szczepień już trwa! Pisałem przez kilka miesięcy, że szczepionka nie będzie rozwiązaniem deus ex machina i – znów miałem rację. Akcja szczepień, w dużej mierze ze względu na nieudolność UE w układaniu się z farmaceutycznymi gigantami, idzie tak wolno, że perspektywa osiągnięcia wymaganego poziomu osób zaszczepionych jest bardzo daleka. W tej chwili zaszczepiono ok. 5 proc. Polaków – po mniej więcej miesiącu szczepień. W tym tempie 70 proc. zaszczepionych osiągnęlibyśmy dopiero wiosną 2022 r. 

Na dodatek nie wiadomo, jak będzie dalej ze skłonnością do szczepienia się. Nierzadko bardzo gwałtowne niepożądane odczyny poszczepienne po podaniu preparatu firmy AstraZeneca mogą zniechęcić wiele osób. Drugą dawką zaszczepiono w naszym kraju dotąd około miliona osób. Oficjalny raport Ministerstwa Zdrowia (z 16 lutego) mówi o 1950 NOP-ach, w tym 315 poważnych (w tej grupie jest m.in. 8 udarów mózgu i 15 zgonów, ale oczywiście nigdy nie ma pewności, czy istnieje tu związek przyczynowo-skutkowy). NOP-ów z ogólnej liczby ponad 2,66 mln szczepień jest zatem ok. 0,07 proc.

Według Polskiego Zakładu Higieny ciężkie NOP-y występują u 1-3 osób na milion dawek szczepionki (czyli 0,0003 proc.). Jak łatwo policzyć, jeżeli przyjąć takie kryterium, że ciężkich NOP-ów powinniśmy mieć w związku ze szczepionkami na SC2 maksymalnie ok. 8, a nie 315 (czyli 0,12 proc.). Nawet gdyby przyjąć, że kwalifikacja w statystyce MZ jest mocno na wyrost, i tak dysproporcja wydaje się wyraźna. W 216 r. – oczywiście przy znacznie mniejszej masowości szczepień – były 3 ciężkie NOP-y. 

Trzeba tu również pamiętać, że procedura zgłaszania NOP – pisał o tym dr Paweł Basiukiewicz – jest tak skomplikowana, że dla większości lekarzy, poza tymi w punktach szczepień, nie do przejścia. 

Gdy idzie o skuteczność szczepionek, wciąż nie mamy odpowiedzi na pytania, jaka jest ich skuteczność w hamowaniu transmisji (należy to odróżnić od łagodzenia przebiegu choroby), jak długo utrzymuje się odporność oraz czy uodparniają na mutacje, których pojawia się sporo. 

Szczepionka współgra z lansowaną przez niektórych, a gdzieniegdzie nawet realizowaną (np. w Nowej Zelandii) utopijną wizją „zero COVID”. To utopia tak samo szkodliwa, jak wizja „zero wypadków drogowych” czy jakakolwiek inna utopia, mająca na celu wyeliminowanie z naszego życia jakiegoś czynnika ryzyka. Za tym zawsze idą zamordyzm, ograniczanie wolności i bieda. Dokładnie jak w Związku Sowieckim, który eliminował ubóstwo tak skutecznie, że wpędził w nie ogromną liczbę własnych obywateli. 

Po roku postawiłbym tezę, że kierunek szczepionkowy był może nie całkowicie błędny – bo przecież szczepionka przyczynia się jednak do łagodzenia przebiegu choroby i, miejmy nadzieję, ograniczenia transmisji – ale na pewno błędne było uznanie, że szczepionka jest absolutnym priorytetem. Zamiast tego należało natychmiast rozpocząć badania nad lekami na COVID, które pacjenci mogliby zażywać w domowych warunkach i dzięki temu przechodzić chorobę łagodniej. Ten kurs był jednak – pozostaje jedynie domyślać się, z jakich powodów – bardzo niepopularny, by wspomnieć tylko los amantadyny, którą troje członków rady medycznej przy premierze – w tym prof. Andrzej Horban – jeszcze na początku lutego potępiało w specjalnym liście, choć musieli świetnie wiedzieć, że nad lekiem toczą się badania pod kierownictwem prof. Konrada Rejdaka, a rezultaty wydają się obiecujące. 

Zastanówmy się jeszcze raz nad różnicą w podejściu. Zaangażowanie gigantycznych środków w sprawę szczepionek i postawienie wszystkiego na tę kartę oznacza założenie wyeliminowania choroby, co dotychczas udało się jedynie w przypadku ospy wietrznej. Postawienie na lekarstwo oznacza, że akceptujemy obecność choroby, natomiast dbamy, żeby jej przejście było jak najłagodniejsze. To kwestia przyjętego paradygmatu myślenia. Pierwszy paradygmat zakłada, że funkcjonujemy w trybie specjalnym, żyjąc od lockdownu do lockdownu, póki choroba nie zniknie albo przynajmniej nie zostanie bardzo mocno stłumiona. To może trwać latami, bo niezależnie od (nie)skuteczności szczepień naukowcy tworzą też scenariusze, w których wirus w naturalny sposób łagodnieje, ale nawet gdyby miały się one zrealizować, może to być kwestia bardzo długiego czasu. Drugi paradygmat zakłada natomiast pogodzenie się z obecnością choroby i powrót do normalnego życia, przy zachowaniu być może pewnych i tak pożytecznych nawyków, jak częste mycie rąk czy ich dezynfekcja w przestrzeni publicznej. 

To w istocie dwa radykalnie różne sposoby myślenia. Jeśli porównać to do jazdy samochodem, pierwszy paradygmat oznaczałby, że ograniczamy prędkość w dół, aż do absurdalnych 5 km na godzinę, czyli do poziomu, przy którym prawdopodobnie nikt nie zginie, ale też nie da się już z samochodów normalnie korzystać. Drugi paradygmat to zminimalizowanie prawdopodobieństwa wypadku za pomocą infrastruktury czy systemów bezpieczeństwa, ale z pogodzeniem się, że one jednak będą się zdarzać, bo jakaś ich liczba jest ceną za możliwość korzystania z tego środka transportu. 

Problem nie tylko z polską strategią epidemiczną jest taki, że kręcimy się w chocholim tańcu między kilkoma punktami, a nic z tego nie wynika. Najbliższe ogłoszone restrykcje nie będą prawdopodobnie oznaczały powrotu do tych z listopada, grudnia i stycznia, ponieważ – i to władza doskonale wie – takie byłyby już nie do przeforsowania. Społeczny bunt wisi na włosku, zresztą nie tylko w Polsce. Natomiast w ogóle jakikolwiek kolejny lockdown może być ostatnim, który ludzie jeszcze jakoś przełkną. Trwający od roku problem z medyczną perspektywą, prezentowaną przez członków rady medycznej i wielu dyżurnych ekspertów spośród lekarzy (z nielicznymi wyjątkami) polega na tym, że snując rozważania o wpływie szczepionek, mutacjach wirusa, budowaniu odporności populacyjnej – kompletnie pomijają aspekty społeczne i gospodarcze sytuacji. Wydaje im się, że nie ma żadnej różnicy między dwoma a 20 lockdownami; że można kazać ludziom siedzieć w domach przez miesiąc, a można przez sześć miesięcy. Można od biedy zrozumieć to oderwanie lekarzy od realiów (choć jednak trudno to usprawiedliwić), ale nie sposób tego zaakceptować u rządzących. 

Jedynym sensownym kursem jest zbudowanie modelu funkcjonowania państwa przy krążącym wirusie. Z dostosowaniem do tego służby zdrowia, tak aby COVID przestał blokować dostęp do niej dla innych chorych; z otwarciem wszystkich branż przy zachowaniu odpowiednich reguł; z zaangażowaniem środków w badania nad lekami (amantadyna nie jest tu jedynym kandydatem). Czas nie jest w tej sprawie zasobem nieskończonym – od jego upływu zależą zasoby pieniędzy i społecznej cierpliwości, a jedne i drugie się wyczerpują. Pora przerwać ten absurdalny chocholi taniec, choć wygląda na to, że obecna ekipa nie jest do tego zdolna.