Szansa dla Senatu
Łukasz Warzecha 16.10.2019

Jarosław Kurski uderzając w pompatyczny ton z każdej sprawy potrafi zrobić groteskę. Tak się stało, gdy pojawiły się rezultaty wyborów do Senatu. Wicenaczelny (a faktycznie naczelny) „Gazety Wyborczej” napisał, że Senat stanie się polskim Piemontem. Ten poziom zadęcia sprawia, że mała wygrana opozycji w izbie wyższej natychmiast jawi się w kategoriach montypythonowskich.

 

Tymczasem marzenia o Piemoncie są jednak chyba na wyrost, bo przewaga opozycji sprowadza się do dwóch lub trzech głosów, jeśli liczyć Lidię Staroń, senator niezależną, kiedyś w PO, ale wobec której PiS nie wystawiał konkurenta. Pani Staroń poglądami bliższa jest partii rządzącej, co wynika z jej bardzo prospołecznej agendy, ale jest też niezależna nie tylko formalnie. Nie można z góry zakładać, że w każdej sprawie będzie głosować jak PiS.

Jasne, że w trakcie kadencji możliwe są różne ruchy, a senatorowie, wybierani w okręgach jednomandatowych, mają większą swobodę działania niż posłowie. Choć w mijającej kadencji senatorowie PiS dowiedli wielokrotnie, że w razie polecenia z partyjnej centrali są w stanie zachowywać się jak karna armia, bez miejsca na własne poglądy. Jest też oczywiste, że PiS będzie się starał zniwelować opozycyjną przewagę i że opozycja ma prawo obawiać się o swoje jedyne, kruche zwycięstwo.

Załóżmy jednak na razie, że rozkład lojalności się nie zmienia i PiS brakuje faktycznie dwóch głosów do większości. To mogłaby być bardzo dobra zmiana – ale tylko pod pewnymi warunkami.

Senat bywa nazywany „izbą refleksji”, ale to raczej określenie wypowiadane z ironią. Na pewno może być hamulcowym procesu legislacyjnego. O tym mogliśmy zapomnieć, bo w minionej kadencji, gdy tylko była potrzeba błyskawicznej zmiany prawa, Senat, zdominowany przez PiS zawsze się mobilizował i potrafił zatwierdzić prawo uchwalone przez Sejm w ciągu paru godzin w środku nocy. Nawet jeśli nie dokonywał w nim zmian. W przeciwnym wypadku należałoby czekać 30 dni, bo tyle czasu ma izba wyższa na dokonanie poprawek i dopiero gdy w tym okresie ustawą się nie zajmie, uznaje się ją za przyjętą w takiej postaci, w jakiej wyszła z Sejmu.

PiS ma za sobą wiele nocnych akcji parlamentarnych, które nie przynoszą mu chluby. Te nocne, błyskawiczne głosowania nad m.in. ustawami o Sądzie Najwyższym, oświacie, kodeksie karnym i wiele, wiele innych staną się złym symbolem mijającej kadencji. Lecz również symbolem fatalnego prawa, uchwalanego bez dyskusji, bez śladu analizy, refleksji, bez konsultacji z obywatelami, na chybcika i najczęściej z gigantycznymi błędami, które zaraz potem trzeba poprawiać w kolejnych nowelizacjach. Takie podejście do legislacji to jedna z największych szkód, jakie PiS wyrządził państwu polskiemu. Jeśli tak wygląda walka z piętnowanym przez Kaczyńskiego imposybilizmem, to jest to jak leczenie przeziębienia upuszczaniem krwi.

Senat, nawet niekoniecznie poddany bez reszty opozycji, ale balansujący, bardziej niezależny, a w każdym razie niezachowujący się jak karne przedłużenie sejmowej reprezentacji PiS mógłby tu wiele zmienić. Już samo to, że nie dałoby się uchwalać prawa w 24 godziny byłoby poważną – i dobrą – zmianą. Partia rządząca musiałaby to na stałe włączyć w swoje rachuby i zacząć inaczej podchodzić do stanowienia prawa. Jeśli nieuchronnych błędów, wynikających z partactwa spowodowanego tempem, nie da się błyskawicznie poprawić, to trzeba będzie zadbać, żeby ich nie popełniać.

Bardziej niezależny Senat może też wymusić w niektórych sytuacjach poszukiwanie porozumienia. W 2020 roku kończy się kadencja obecnego rzecznika praw obywatelskich. Zgodnie z konstytucją wyboru dokonuje w drodze uchwały Sejm, ale ten wybór musi zatwierdzić Senat. Obserwacja sposobu działania i nominacji dokonywanych przez PiS nie pozwala mieć nadziei, że gdyby partia Jarosława Kaczyńskiego miała nadal swobodę taką jak w pierwszej swojej kadencji, szukałaby w sprawie RPO jakiegoś kompromisu. Adam Bodnar – w którego ocenę nie chcę się tu wdawać, napiszę tylko, że jest ambiwalentna – jest dla PiS solą w oku, niewykluczone więc, że jego następcą zostałby ktoś pokroju Stanisława Piotrowicza albo Krystyny Pawłowicz. Przy obecnym składzie Senatu to nie będzie możliwe.

A to niejedyna taka sytuacja. Zgoda Senatu jest potrzebna również w przypadku powołania prezesa NIK, gdyby więc Marian Banaś miał zrezygnować, PiS czekałaby sroga batalia o nowego szefa izby. To zresztą sprawia, że dymisja Banasia staje się dzisiaj mniej prawdopodobna. PiS nie zaryzykuje. Zgoda Senatu jest również potrzebna przy powoływaniu rzecznika praw dziecka (na podstawie ustawy), choć kadencja obecnego RPD wykracza poza tę kadencję parlamentu. Senat ma swoich przedstawicieli w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji oraz Krajowej Radzie Sądownictwa.

Swego czasu, gdy decydował się kształt zmian w systemie sądownictwa, Kukiz ’15 proponował konsensualną procedurę wyboru członków KRS – miały być do tego konieczne trzy piąte ustawowej liczby posłów, a więc większość kwalifikowana taka sama, jak jest potrzebna do obalenia prezydenckiego weta (276 posłów). Pomysł oczywiście nie przeszedł, bo przecież PiS na żadnym konsensusie nie zależało, a i postawa PO nie zachęcała do szukania takich rozwiązań. Teraz wymknięcie się Senatu PiS może tego typu politykę po prostu wymusić.

To wszystko jednak jedynie pod warunkiem, że największa opozycyjna partia, mająca w izbie wyższej 43 miejsca, nie zechce uczynić z niej maszynki do blokowania dla zasady absolutnie każdej ustawy, uchwalanej przez sejmową większość. Takie zagrożenie zaś istnieje. W ten sposób zamiast rozsądnie hamować legislacyjną biegunkę tam, gdzie trzeba, Senat straciłby powagę i wiarygodność. Karczemny momentami konflikt zostałby przeniesiony wprost z Sejmu. Co oczywiście i tak może nastąpić.

Dlatego jednak tak istotne jest, kto stanie na czele Senatu. Krzysztof Brejza, polityk z pierwszej linii bijatyki między dwiema armiami, jest pomysłem najgorszym. Niewiele lepszy byłby Bogdan Borusewicz, który dał się już poznać z nie najlepszej strony jako marszałek Senatu przez dekadę, w latach 2005-15. Kojarzony z rządami PO, które przecież czasem powszechnej miłości nie były, emocjonalnie zaangażowany w walkę z PiS i Jarosławem Kaczyńskim, nie byłby marszałkiem porozumienia, ale odwetu. Wbrew pozorom niewiele lepszy może się okazać Bogdan Zdrojewski, który już ogłosił, że gotów się podjąć tej trudnej roli. Dla Polski, rzecz jasna. Brykać zaczął natychmiast Władysław Kosiniak-Kamysz, przypominając, że PO nie jest w Senacie po stronie opozycyjnej sama, a zarazem jako pomysł na konsens pojawiła się ciekawa propozycja kandydatury senatora Jana Filipa Libickiego z listy PSL – konserwatysty, wcześniej w PO. To na razie najrozsądniejszy, jak się wydaje, pomysł.

Gdyby ostatecznym rezultatem był Senat jako zdroworozsądkowy hamulec, uniemożliwiający PiS kontynuację polityki robionej na rympał, jak to bardzo często bywało – byłoby świetnie. Oparty na realizmie pesymizm każe w to raczej wątpić, ale… może jednak?