Taksówkarze, czyli współcześni luddyści
Łukasz Warzecha 10.04.2019

Luddyści atakowali manufaktury i fabryki zwykle nocą. Rozbijali maszyny, niszczyli i podpalali budynki. Zostawiali po sobie listy, podpisując się jako bojownicy „Neda Luddy”, który w rzeczywistości prawdopodobnie nie istniał, tak jak „Gruppenführer Wolf” z ostatniego odcinka „Stawki większej niż życie”.

 

Działo się to w drugim dziesięcioleciu XIX wieku w Anglii, na dobre już opanowanej przez rewolucję przemysłową. Luddyści rekrutowali się spośród rzemieślników, których spokojne i względnie dostatnie życie zburzyło powstanie fabryk, gdzie produkowano na masową skalę, znacznie więcej niż oni byli w stanie wytworzyć w swoich przydomowych warsztatach, szybciej, w niewiele gorszej jakości i przede wszystkim taniej. Oczywiście rewolucji przemysłowej nie powstrzymali, ich ruch działał zaledwie kilka lat, na dodatek rzemieślnicy wciąż mają dla siebie miejsce na rynku – dziś oczywiście marginalne, tylko w niektórych dziedzinach, ale całkowicie nie zniknęli. Ba, ich praca jest zazwyczaj wyceniana wyżej niż maszynowa produkcja.

Angielscy bojownicy „generała Luddy” przyszli mi do głowy, gdy swoje protesty (kolejny raz) w Warszawie rozpoczęli taksówkarze. Protesty zresztą, jak zwykle, zorganizowane i prowadzone w taki sposób, jakby jednym z ich głównych celów było przekonanie postronnych osób, że znaczna część taksówkarzy to groźne bandziorki, z którymi lepiej do samochodu nie wsiadać, a cóż dopiero mówić o poparciu dla ich postulatów. Była agresja wobec taksówkarzy nie biorących udziału w proteście, były chamskie teksty, obrzucanie jajkami. Policja zapowiada skierowanie do sądu ponad 60 wniosków o ukaranie protestujących, co jak na nie tak znowu przecież liczną grupę stanowi liczbę całkiem pokaźną. Wygląda to trochę tak – gdyby snuć tutaj skrajnie makiaweliczne koncepcje – jakby protestujących taksówkarzy opłaciły wspólnie wszystkie te firmy, które korzystają z rozwiązań, przeciwko którym taksówkarze protestują. Nic tak bowiem nie napędza klientów Uberowi (USA), Taxify (Estonia) czy nawet MyTaxi (Niemcy) jak protesty taksówkarzy. Każdy kolejny protest to prawdopodobnie tysiące nowych klientów wspomnianych firm. Brawo, panowie taksiarze, byle tak dalej!

Protest taksówkarzy – a nie jest to pierwszy taki – ma dwa przesłania. Jedno oficjalne, drugie faktyczne, które wychodzi na jaw zwłaszcza w momentach takich jak wtorkowa manifestacja pod Ministerstwem Przedsiębiorczości, gdy sprawy lekko wymknęły się z rąk organizatorom.

Oficjalnie taksówkarzom chodzi o to, żeby wyrównać warunki konkurencji między nimi a kierowcami z jeżdżącymi dla firm pośredniczących w umawianiu kierowcy z pasażerem. Teoretycznie postulat szczytny. Tu jednak trzeba się na chwilę zatrzymać nad samym pojęciem konkurencji i równych szans.

Taksówkarze twierdzą, że sytuacja, w której kierowcy firm w rodzaju Ubera nie muszą spełniać licznych formalnych wymogów ani prowadzić działalności gospodarczej, tworzy niezdrową konkurencję. Nie mają jednak racji, a w każdym razie – sami sobie przeczą. Z ich słów wynika bowiem, że oni, licencjonowani taksówkarze, zapewniają wyraźnie wyższą jakość usług. Czy tak jest faktycznie, to całkiem inna sprawa. Załóżmy jednak, że taksówkarze mówią prawdę – przecież nie będziemy ich a priori oskarżać o mydlenie nam oczu. A w takim razie pomiędzy usługami, które świadczą oni a tymi, które świadczą kierowcy uberopodobni, istnieje zasadnicza różnica jakościowa. Zaś w takim wypadku trudno mówić o nieuczciwej konkurencji – i dowodzą tego sami taksówkarze, twierdząc, że są lepsi i bezpieczniejsi od „uberowców”. W uproszczeniu – klient ma jasny wybór: albo wybiera bezpieczną, ale droższą taksówkę ze znającym topografię miasta, mówiącym po polsku, uczciwym taksówkarzem, albo korzysta z pośrednictwa w umówieniu przejazdu, taniej, ale z kierowcą być może słabo lub wcale niemówiącym po polsku, nieznającym miasta i niesprawdzonym. Wolny wybór.

Można go odnieść do jakiegokolwiek w zasadzie towaru czy usługi. Pretensje kierowców taksówek mają tyle sensu co miałyby pretensje producenta, dajmy na to, markowych butów, że w wyniku nieuczciwej konkurencji klientów podbiera mu sieciówka, bo sprzedaj taniej. Tyle że markowe buty są wprawdzie trzy razy droższe, ale za to znacznie trwalsze, wyglądają dobrze przez lata i są wygodniejsze. Buty z sieciówki tych cech nie mają, ale są tańsze. Gdzie tu nieuczciwa konkurencja? Wolny wybór oraz na co kogo stać.

Chyba że producent butów markowych mydli nam oczy – i mydlą nam oczy taksówkarze, bo prawdziwym powodem, dla którego tracą rynek, nie jest wyższa cena i wyższe koszty, ale po prostu to, że rzekoma ogromna różnica w jakości usług jest przez nich wydumana. W rzeczywistości jest znacznie mniejsza albo całkowicie nieobecna. A w takim razie decyduje już wyłącznie cena. Mam poważne podejrzenia, że to właśnie może być powód – a skoro tak, to niech taksiarze popracują nad swoim wizerunkiem i jakością.

Owszem, tu powie ktoś, że porównanie z butami nie jest trafione, bo jednak kierowcy jeżdżący dla uberopodobnych firm nie muszą spełniać wymogów, jakie muszą spełniać taksówkarze. Sęk w tym, że taksówkarze protestowali nie tylko przeciw Uberowi, ale też przeciw firmom takim jak MyTaxi, w których jeżdżą w pełni licencjonowani taksówkarze. Chodziło zatem nie o obciążenia, jakim muszą sprostać kierowcy, ale o technologię, umożliwiającą bezpośrednie skomunikowanie klienta z kierowcą.

Poza tym taksówkarze nie chcą kontynuowania prac nad zatwierdzonym przez rząd projektem nowelizacji ustawy o transporcie drogowym. Tymczasem projekt wydaje się bardzo rozsądny: z jednej strony zdejmuje z taksówkarzy część obciążeń, pozwalając im na przykład używać zatwierdzonej aplikacji w miejsce taksometru i kasy fiskalnej, co jest przecież znaczącym uproszczeniem; z drugiej – nakłada większe obowiązki na kierowców, pracujących dla firm uberopodobnych, na przykład tworzy bezwzględny wymóg posiadania przez nich licencji na przewóz osób, zarazem wykluczając z tego grona osoby skazane za niektóre przestępstwa. Krótko mówiąc – projekt sprawia wrażenie dobrego kompromisu, pozwalającego obu sposobom zarobkowania spotkać się mniej więcej pośrodku, gdy idzie o wymogi.

Ale to taksówkarzy nie zadowala – i tu przechodzimy do drugiej warstwy protestu, tej oficjalnie niewyrażanej, ale zawierającej prawdziwe motywacje. Otóż taksówkarze chcą pójść drogą farmaceutów. Farmaceuci, nie mogąc sprostać konkurencji aptek sieciowych w normalnej rynkowej rywalizacji, postanowili sobie załatwić rynkową dominację na poziomie ustawowym – to niestety bardzo częsta metoda w krajach, gdzie rządy są podatne na żądania zdeterminowanych grup zawodowych. Tu doszedł jeszcze obłudny element rzekomej obrony „polskich aptek”, zgodny z retoryką PiS – co jest bzdurą, bo zdecydowana większość aptek sieciowych jest w polskich rękach i są to niewielkie sieci z kilkoma lub kilkunastoma placówkami.

Taksówkarze chcą tego samego: domagają się ustawowego skasowania konkurencji, z którą nie są w stanie rywalizować. I tak samo jak pigularze, i oni szermują obłudnym argumentem o „polskich taksówkarzach”. Od tego już tylko krok do forsowania szaleńczej wizji jakiejś Narodowej Korporacji Taksówkowej, w której nie będzie mógł jeździć nikt, kto nie dowiedzie polskiego pochodzenia na trzy pokolenia wstecz.

Taksówkarze muszą zrozumieć, że jeżeli klient wybiera firmę pośredniczącą, gdzie wieźć go może ukraiński czy hinduski kierowca, z którym może mu być trudno się porozumieć i który będzie się kierował wskazaniami nawigacji, to robi tak nie dlatego, że zmusił go do tego niecny międzynarodowy kapitał, ale dlatego, że tak sobie wykalkulował, że tak woli, uważa, że tak mu się bardziej opłaca. To jego wolny wybór.

Taksówkarze muszą też pojąć, że w ich branży technologiczne nowinki są nie do powstrzymania. Protesty przeciwko aplikacjom taksówkowym czy parataksówkowym to zawracanie Wisły kijem.

Minister przedsiębiorczości Jadwiga Emilewicz przyjęła od protestujących ich postulaty i obiecała, że przestawi je na Radzie Ministrów. W tym postulat „wyłączenia aplikacji pośredniczących”. W jaki sposób, na jakiej podstawie prawnej miałoby się to stać – nie wiadomo. W mediach wybuchła burza, pani minister zaczęła się na Twitterze tłumaczyć, że jedynie zaniosła żądania taksówkarzy na RM.

Przepraszam, ale to tłumaczenie kompletnie niczego nie zmienia. Jadwiga Emilewicz, po pierwsze, w ogóle nie powinna przyjmować delegacji grupy, która drugi dzień robiła w Warszawie chamską burdę. Niech taksówkarze swój protest ucywilizują, niech przestaną atakować innych taksówkarzy, może wtedy będą partnerem do jakiejkolwiek rozmowy. Na razie wchodzenie z nimi w interakcję przez któregokolwiek ministra to legitymizowanie ich agresji.

Po drugie – postulat natychmiastowego wyłączenia aplikacji pośredniczących jest tak absurdalny, niemający żadnego zaczepienia w porządku prawnym, że powinien zostać natychmiast wyrzucony do kosza, a nie lądować na obradach rządu.

Co wywalczą taksówkarze? Mam nadzieję, że nic. Choć znając upodobanie obecnej socjalistycznej władzy do regulowania wszystkiego, obawiam się, że pokusa może się okazać zbyt duża.