Big Brother kontra Szwajcaria
Jerzy Marek Nowakowski 09.07.2018

„Niedobrze jest, kiedy konstytucję uchwala się dowcipem i trikiem”. Tak Józef Piłsudski skomentował uchwalenie w 1934 r. przez sanacyjną większość sejmową ustawy konstytucyjnej. Wykorzystano wówczas nieobecność opozycji na sali i błyskawicznie przeprowadzono całą procedurę.

 

Przypomniało mi się to stwierdzenie, gdy obserwowałem przeprowadzaną błyskawicznie i z zaskoczenia procedurę kolejnej nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Bardzo dobrze, że nowelizacja usunęła najbardziej drażniące i kontrowersyjne zapisy ustawy. Zmarnowano jednak szansę, by tę bardzo złą ustawę naprawić w całości. A najgorsze jest to, że pojawił się kolejny precedens osłabiający społeczny szacunek do procesu ustawodawczego.

Ustawa to przecież obok Konstytucji (też mającej rangę ustawową) najważniejszy akt prawny w państwie. Nie bez powodu proces legislacyjny jest dość szczegółowo opisany, zakłada konsultacje społeczne, dość szczegółowy proces przyjmowania projektów przez Radę Ministrów itd. Porządna ustawa pisana być powinna na dziesięciolecia.

Chorobą współczesnej polityki – nie tylko polskiej – jest doraźność. Zamiast solidnej pracy, rozważania wszystkich konsekwencji swoich działań politycy, dla osiągnięcia wyborczego, czy wręcz medialnego efektu, podejmują różne, mniej lub bardziej chaotyczne decyzje. Współczesne państwa przypominają nowoczesne transatlantyki sterowane w rytm okrzyków wydawanych przez majtka siedzącego w bocianim gnieździe. Pojawia się jakiś program w telewizji, łup ster lewo na burt i uchwalamy ustawę. Tabloid opublikował artykuł, łup włączamy cała wstecz. Następnego dnia ktoś puścił tweeta, i już ruszamy całą naprzód. A później dziwimy się, że obywatele nie maja cienia szacunku do polityków, postrzegając ich jako bezideowych oportunistów, działających w rytm zmieniających się sondaży i – przede wszystkim – medialnych kryzysów.

Kiedyś dowcipkowaliśmy, że socjalizm to ustrój, który z wielkim wysiłkiem i w rytm propagandowych werbli rozwiązuje problemy, które sam stworzył. Ustawa o IPN jak ulał pasuje do takiej definicji. Niepotrzebna, podjęta w reakcji na medialny kryzys, źle procedowana stworzyła gigantyczny problem. Rząd Morawieckiego na samym progu swojej działalności wpadł na gigantyczną minę i w wymiarze międzynarodowym będzie sprzątał po wybuchu jeszcze długo. Po czym ogłosił sukces, że udało się zmienić niewielki fragment bezsensownej ustawy. W stylu wskazującym na to, że czyni to pod naciskiem zagranicy. Na dodatek zmiana wygląda na niewystarczającą. Nie ruszyliśmy dyskusyjnych – mówiąc bardzo dyplomatycznie – paragrafów dotyczących relacji ukraińsko – polskich. Efekt, oddzielne obchody rocznicy zbrodni wołyńskiej. Oddzielne w chwili, gdy ważą się losy Ukrainy.

Małe pocieszenie, że nie jesteśmy osamotnieni. Niemcy miotają się w kwestii polityki wobec imigrantów, w rytm wahających się słupków poparcia dla populistów z AfD (Alternatywa dla Niemiec). Rumuni wykonują nerwowe ruchy z ustawodawstwem antykorupcyjnym. Prezydenci i królowie mając w nosie deklaracje o politycznym bojkocie Mundialu w Rosji na wyprzódki pędzą kibicować swoim drużynom w nadziei nabicia kilku punktów w sondażach. Obywatele coraz wyraźniej wskazują (czy to w Polsce, czy w Hiszpanii czy gdziekolwiek indziej), że ich szacunek do polityki jako zajęcia jest znikomy. A to z kolei powoduje negatywna selekcję. Zdolni i wykształceni młodzi ludzie wolą kariery w biznesie, albo podróżowanie po świecie i podejmowanie się dorywczo zajęć typu instruktor nurkowania czy nauczyciel angielskiego. Do polityki z generacji 25+ coraz częściej trafiają oportuniści i cynicy.

Coraz częściej mam wrażenie, że klasyczna demokracja przedstawicielska, która narodziła się w Anglii i w Polsce 6 wieków temu, wyczerpuje swoja formułę. Po raz pierwszy od czasów starożytnej Grecji mamy techniczne możliwości, by obywatele sami, bez pośrednictwa wybranych przedstawicieli, mogli decydować o sprawach państwa. Powszechność Internetu w świecie zachodnim stwarza możliwość zapytania obywateli o każdą kwestię. Dlaczego oddawać decyzje zawodowym politykom, skoro dwa kliknięcia myszą komputerowa mogą obywatelowi pozwolić na podjecie decyzji samodzielnie, bez pośredników.

Powszechna krytyka, czy wręcz nienawiść do elit, produkowana w sieciach społecznościowych, sprzyja zadaniu takiego pytania. Oczywiście politycy bronią się, że „lud” podejmie decyzje nieprzemyślane, podda się demagogii itd. Doświadczenia referendalne Szwajcarii wskazują na coś wręcz przeciwnego. Nota bene, gorączkowe zażegnywanie politycznych kryzysów i dramatyczna inflacja ustawodawstwa produkowanego w rytm sondaży nie są niczym innym jak wyrodzeniem się demokracji – czyli według Arystotelesa „rządów świadomych obywateli” – w ochlokrację a więc rządu bezrozumnego tłumu.

Wyjścia są dwa. Jedno, trzymając się sekwencji zarysowanej w „Polityce” Stagiryty, to przerodzenie się ochlokracji w oligarchię a następnie tyranię. Przyglądając się dystrybucji bogactwa w świecie i całkiem licznym systemom oligarchicznym (np. w świecie postsowieckim) trudno nie uznać takiego scenariusza za bardzo prawdopodobny. Drugie wyjście – trudniejsze – to rozszerzenie pola obywatelskiej odpowiedzialności. Czyli „szwajcaryzacja” Zachodu.

I w jednym i w drugim przypadku kluczem jest postawa mediów. Ich tabloidyzacja, kreowanie celebrytów w miejsce autorytetów, zaowocowały ochlokracją. Oprah Winfrey, która zwalcza Donalda Trumpa jest w istocie matką chrzestną jego prezydentury. Jej talk show kreujący na gwiazdy i autorytety telewizyjnych ekshibicjonistów był kamieniem milowym w destrukcji normalnej hierarchii społecznej. Tak jak TVN-owski Big Brother rozpoczął erę celebrytyzmu w Polsce. W zbiorowej wyobraźni miejsce pisarza, uczonego, autorytetu moralnego zajęły panienki zdejmujące majtki przed kamerami (teraz już internetowymi). Jeżeli nie potrafimy tego trendu przełamać to czeka nas wiek wojen i tyranii. Jeśli potrafimy zacząć myśleć jak Szwajcarzy, to Zachód udowodni, że jest nadal godzien przewodzić światu.