Czy Zachód ma jeszcze szanse? Czyli nowe rozdanie
Jerzy Marek Nowakowski 02.08.2018

W wakacje podróżujemy. Podróż to nie tylko plaże. Spotykamy dziesiątki ludzi, z różnych krajów, porównujemy ceny, hotele, zawartość sklepowych półek. Może warto, by spojrzeć nieco głębiej. Bo coraz wyraźniej widać, że w światowej polityce i gospodarce zaczyna się nowe rozdanie.

 

Kryzys Zachodu, rozumianego jako wspólnota Europy, USA, Kanady i Australii może doprowadzić do zasadniczej zmiany światowej geopolityki. Dotychczas, przynajmniej od końca XVIII wieku, Zachód dominował w świecie. I jeżeli spojrzymy na dane dotyczące Unii Europejskiej, Ameryki Północnej i Australii, to świat zachodni zajmuje ponad 31 mln kilometrów kwadratowych czyli więcej niż Rosja, Chiny i Indie razem. PKB Zachodu, to wciąż ponad dwukrotnie więcej niż PKB trójki największych rywali (41 bilionów dolarów wobec niespełna 19 bilionów trzech aspirujących mocarstw). Zachód przegrywa tylko w kategorii liczba ludności – (900 milionów wobec prawie 3 miliardów w grupie rywali). Jeszcze większa jest przewaga świata zachodniego jeśli idzie o technologię czy siłę militarną. Tyle, że wszystkie te dane mają sens wyłącznie gdy traktujemy świat zachodni jako całość. A ta jedność Zachodu zaczyna obecnie trzeszczeć w szwach.

Chiny, ogłaszają coraz wyraźniej swoje dążenie do roli światowego supermocarstwa. Rosja dąży do powrotu koncertu mocarstw, bo jest superpotęgą militarną i terytorialną, Indie –najsłabsze w tercecie – są jednak czynnikiem dominującym w całym regionie Oceanu Indyjskiego i dysponują gigantycznym potencjałem ludnościowym oraz dynamiczną gospodarką.

Dotychczasowa przewaga świata zachodniego wynikała z solidarności transatlantyckiej i atrakcyjności modelu politycznego i gospodarczego. Kiedy Francis Fukuyama ogłaszał (przedwcześnie) koniec historii miał na myśli właśnie globalne zwycięstwo modelu demokracji liberalnej. Nawet najpaskudniejsze reżimy afrykańskie czy południowoamerykańskie drapowały się w szaty demokratyczne, urządzały wybory (zwykle fałszowane) i twierdziły, że są częścią świata zachodniego. W międzyczasie pojawił się jednak model konkurencyjny. Autorytarny komuno-kapitalizm w wersji chińskiej jest nie tylko pożądanym partnerem gospodarczym i dostarczycielem broni w regiony objęte różnymi embargami. Staje się dla wielu państw pożądanym modelem ideologicznym. Od Moskwy po Harare i Caracas studiowany jest model połączenia kapitalizmu w gospodarce z komunizmem w życiu politycznym. Chińskie modele kontroli Internetu bywają powielane w dyktaturach (także w tych, które formalnie deklarują związki z Zachodem). Chińczycy zaczynają tworzyć sieć jawnych i niejawnych baz wojskowych za granicą. Oficjalnie otworzyli jedną w Dżibuti. Ale ich inwestycje w kilkadziesiąt portów na całym świecie (w tym np. Pireus) sprawiają, że nagle zawijają tam chińskie okręty wojenne, obsługiwane w specjalny (czyli priorytetowy i utajniony) sposób. Chińscy doradcy są obecni w kilkunastu państwach przede wszystkim afrykańskich. Dokładnie tak jak Zachód w latach 60-tych Chińczycy finansują infrastrukturę w państwach surowcowych bądź kluczowych dla komunikacji regionalnej.

Dawcą soft power na całym obszarze postsowieckim pozostaje Rosja, na terenie Azji Środkowej mająca rywali w postaci Turcji i Chin. Zachód, dysponujący w tej dziedzinie gigantyczną przewagę, w zasadzie zrezygnował z rywalizacji z Rosjanami w sferze medialnej. Podobnie jak z ogromnym obszarem Internetu Chińskiego, pisanego cyrylicą czy arabskiego. Indyjskie Bollywood skutecznie rywalizuje z zachodnimi produkcjami w dziedzinie kultury masowej, a Al-Dżazira czy RT nie tylko konkurują na obszarze państw rozwijających się ale wchodzą coraz śmielej w przestrzeń informacyjną Zachodu.

Zamiast sensownej odpowiedzi na te globalne zagrożenia Zachód rozbija swoją solidarność, opartą dotychczas na wspólnocie wartości. Polityka transakcyjnego egoizmu narodowego Donalda Trumpa jest najbardziej widocznym z tych zagrożeń. Podział Zachodu, jak wskazywałem wyżej, oznacza rezygnację ze wciąż posiadanej przewagi na rzecz rywalizacji mocarstw o zbliżonych potencjałach, ale w zmiennych konfiguracjach. Szczyt w Helsinkach i równoległe spotkania UE – Chiny i UE – Japonia zdają się wskazywać na to, że Stany Zjednoczone jako eksporter surowców energetycznych zaczynają się dogadywać z Rosją kontra importerzy (czyli UE, Chiny i Japonia). Wolny handel światowy będący przez całe XX stulecie priorytetem politycznym USA, jest teraz promowany przez Chiny w opozycji do twardego protekcjonizmu głoszonego przez Prezydenta USA. Idea wolnego przepływu ludzi, towarów, idei i informacji zaczyna załamywać się wobec masowych wędrówek ludów i inwazji fake newsów. Zaś systemy demokratyczne okazują się we współczesnym świecie zadziwiająco niewydolne. Internet i masowa komunikacja dużo skuteczniej są wykorzystywane przez świat niedemokratyczny niż przez Zachód. Nowy „bunt mas” wobec wszelkich autorytetów prowadzi do erozji systemów politycznych Zachodu. Polityka od wyborów do wyborów skutkuje rozkołysaniem emocji społecznych i decyzjami podejmowanymi z perspektywy widza jutrzejszych newsów a nie polityka zatroskanego o przyszłość. Europa zaczyna się dzielić (vide Brexit) zapominając, że nawet najsilniejsi gracze europejscy będą wyłącznie przedmiotem a nie podmiotem polityki globalnych mocarstw. Przypomniane przez Marka Budzisza studium Saradzhyana i Abdullajewa z maja tego roku mierzące potęgę poszczególnych państw (Measuring National Power: Is Vladimir Putin’s Russia in Decline?) wskazuje na nieustanny wzrost roli Chin i Rosji (także Indii) wobec spadku siły państw Zachodu. Interesujące jest, że we wszystkich kategoriach gigantyczne tempo wzrostu wykazują Chiny. Z jednym wyjątkiem – indeks „Soft Power” jest zdominowany przez rosnącą potęgę rosyjską.

Analogia historyczna z czasami upadku Imperium Rzymskiego nasuwa się sama. Podział Cesarstwa w IV wieku, narastający nacisk „barbarzyńców” na granice, rozpad elit zastępowanych przez ówczesnych kiboli z Bizantyńskiego hipodromu i w końcu last but not least przejmowanie roli centrum światowego postępu i gospodarki przez Chiny… Wydaje się, że jak zwykle historia niczego nas nie nauczyła.

Bez wątpienia świat XXI wieku wchodzi w nową epokę. O ile nie dojdzie do konfliktu zbrojnego na wielką skalę – co wciąż zdaje się mało prawdopodobne – to Zachód ma szansę na przemyślenie swojej polityki i odbudowę solidarności. Nie jestem pewien czy to wystarczy, ale na pewno będzie w stanie spowolnić procesy destrukcji tego świata, który znamy i który, koniec końców chyba nam się podoba. A korzystając z wakacji zwiedzajmy muzea i zabytki by zobaczyć czym grozi regres cywilizacyjny, który nasz świat przeżył we wczesnym średniowieczu.