Żeby nie było niczego
Cezary Kaźmierczak 04.06.2018

Pan Krzysztof Kononowicz to jednak wielkim poetą był – nic bowiem trafniej nie oddaje filozofii niektórych kręgów polskiej administracji rządowej niż jego wiekopomne wezwanie, „żeby nie było niczego”. Gdzie się człowiek nie ruszy – z tym się zderza.

Polska – jest jedynym poza Ukrainą i Rosją – krajem w którym obowiązują banderole na wina. Dzięki temu Polak płaci za butelkę 1 Euro więcej, a części win pić nie może, bo pewien odłam sfanatyzowanych i zacofanych winiarzy za nic ma mądrości polskich urzędników i nawet za pieniądze, żadnych banderol naklejać nie będzie. Zniesienie tego absurdu obiecywał Premier, obiecywała Pani Minister i co? Nic. Mają być w jakieś zmienionej uproszczonej formie, bo ponoć zatrzymano jakieś ciężarówki, które wwoziły wina bez banderol. Ano wwoziły – żeby nakleić banderole w Polsce, bo tępy winiarz nie chciał! Dowodem na to jest, że nie są znane przypadki sprzedawania win bez banderol w handlu. Ale cóż dla urzędników znaczą fakty, Premier czy minister – żeby nie było niczego!

Jak wiadomo Polska jest jednym z największych eksporterów papierosów na świecie, swoje fabryki mają tu największe koncerny i zgodnie deklarują dalszy rozwój i inwestycje. Co na to polskie Ministerstwo Zdrowia – z bliżej nieznanych powodów usiłuje ich zniechęcić. Wprowadza absurdalny przepis, że papierosy cienkie nie mogą być cienkich opakowaniach! Muszą być w grubych. W Europie obok nas podobnym geniuszem błysnęli tylko podobno Łotysze. Żeby nie było niczego. Jaka to bowiem inna wielka idea stoi za tą przełomową regulacją?

Do czasu wprowadzenia ustawy in-house ja właściwie nie wiedziałem, co to są śmieci. Nie znałem nawet nazwy prywatnej firmy, która je odbierała w Warszawie i na wsi. Nie poświęcałem tej sprawie pół minuty miesięcznie. Płaciłem i nic nie wiedziałem. No ale dwa lata temu wprowadzono nową regulację – że samorządy mogą bez przetargu brać swoje firmy. Jaka to wielka radość zapanowała wśród samorządowej braci! Wyeliminowanie ustawowe konkurencji to po pierwsze etaty, po drugie etaty i po trzecie – etaty. Reszta się nie liczy. Teraz sprawy śmieciowe zaprzątają znaczną część moich spraw domowych – przyjadą albo nie przyjadą, wezmą albo nie wezmą, grafik aktualny lub nieaktualny, szkła dzisiaj nie wezmą, zielone biorą raz na miesiąc! U mnie we wsi – około 50 dymów miejscowych i 350 dymów letniaków – obsługę śmieci prowadzi firma oddalona o prawie 120 kilometrów i odbiera śmieci w… piątek! W dzień kiedy połowa dymów właśnie przyjeżdża! Mam całą logistykę opracowaną w tej sprawie, której bez pomocy życzliwego sąsiada bym nie ogarnął i śmieci porozrywane przez psy walałby się po wsi. Teraz dowiaduje się, że Warszawa zamierza w ogóle wyeliminować prywatną konkurencję z resztek, które jej zostały bo wiadomo – przecież – po pierwsze etaty, po drugie etaty i po trzecie – etaty. Jeśli to tego dojdzie – a kto im zabroni – to spodziewam się jeszcze gorszego serwisu i wzrostu cen. Każdy monopolista tak robi i nigdzie nie było inaczej.

Działało bardzo dobrze, ale komuś to przeszkadzało. Nie wiem po co my sobie to wszystko, sami z siebie robimy. Żeby nie było niczego – to powinna być chyba oficjalna wizja polskiej administracji.

Patrzę na działania Unii Europejskiej, jak bezmyślnie obniża swoje szanse konkurencyjne wobec Azji i Ameryki i nie rozumiem po co? Patrzę na nasze bezmyślne działania i nie rozumiem po co obniżamy swoje zdolności konkurencyjne wobec innych krajów europejskich.