Nie ma co płakać nad Nord Stream 2

Nie ma co płakać nad Nord Stream 2
Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Zmiana stosunku USA do Polski czy całej Europy Środkowej, nie musi wcale oznaczać klęski naszej polityki. Powinna być raczej powodem do jej intensyfikacji.

Nie wiemy jeszcze, dlaczego administracja Joe Bidena zmieniła decyzję w sprawie Nord Stream 2. Przecież jeszcze kilka tygodni temu politycy amerykańscy twardo przekonywali, że rura jest szkodliwa dla bezpieczeństwa Europy i całego NATO. Ustalenia, jakich prezydent USA dokonał z Niemcami, a pewnie także z Rosją nie odnoszą się bezpośrednio do naszej części kontynentu, ale raczej mają charakter globalny. Nord Steam 2 jest tylko jednym z elementów większej rozgrywki, punktem targów, które mogą dotyczyć relacji z Chinami, układu sił na Bliskim Wschodzie czy granic stref wpływów.

Dlatego nie ma znaczenia, czy w Polsce rządzi ta, czy inna opcja polityczna, gdyż decyzja nie jest podyktowana antypatią do PiS czy Andrzeja Dudy, a sympatią dla Angeli Merkel czy Władimira Putina. Absurdalne stwierdzenie Baracka Obamy sprzed kilku dni o tym, że Polska i Węgry stały się krajami autorytarnymi, nie było wcale uzasadnieniem zmiany wektorów amerykańskiej polityki. Chodziło raczej o usprawiedliwienie podjętych już decyzji. Gdyby w naszym kraju rządzili liberałowie lub lewica, decyzja Waszyngtonu byłaby taka sama. Inne mogłyby być jedynie podane powody. Możemy być jednak pewni, że nie mniej cyniczne – jak wówczas, gdy 17 września 2009 roku Barack Obama zrezygnował z budowy w naszym kraju tarczy antyrakietowej. Data była dla nas więcej niż symboliczna, była jasno wymierzonym policzkiem.

W kontekście krytykowania rządzącej Polską ekipy za to, że bezalternatywnie postawiła na Donalda Trumpa, jest absolutnie chybiona. Jego decyzje były dla Rzeczpospolitej korzystne zarówno w kwestiach gospodarczych, jak i bezpieczeństwa. Tego samego nie możemy się od dawna spodziewać po prezydencie z Partii Demokratycznej. Historia ostatnich kilkudziesięciu lat pokazuje, że właśnie Republikanie trafnie – z naszego punktu widzenia – diagnozują rosyjskie zagrożenie i chcą mu przeciwdziałać. Demokraci w każdej swoje kadencji powtarzają ten sam błąd, czyli pragną resetu w relacjach z Moskwą i ułożenia partnerskich relacji. Trudno uwierzyć, że polityka ta wynika z głupoty czy nieznajomości rosyjskiej polityki. Wszak Moskwa nigdy nie zechce doprowadzić do normalizacji, w zachodnim rozumieniu tego słowa. Dla nich sojusz czy strefa wpływów oznacza wasalizację i uzależnienie. Jeśli więc amerykański prezydent zgodzi się uznać, że na przykład Ukraina znajduje się w strefie wpływów rosyjskich, Putin odbierze to jako przyzwolenie na dalszą agresję. Nawet jeśli nie militarną, to z pewnością gospodarczą i cybernetyczną. Do tego dołoży jeszcze elementy destabilizacji kraju poprzez wywoływanie konfliktów wewnętrznych, dezinformację, nasilenie działalności przestępczej. Rosja od wieków ustępstwa traktuje jako objaw słabości. Jednak Amerykanie, którzy przecież wygrali z Sowietami zimną wojnę, doskonale o tym wiedzą. Jeśli więc chcą iść na ustępstwa, to nie chodzi o to, kto rządzi w Polsce, na Węgrzech czy w Rosji, ale jaki jest cel Waszyngtonu.

Prawie dekadę temu Patrick J. Buchanan w „Samobójstwie supermocarstwa” pisał: „Jest czystym absurdem, że Stany Zjednoczone, którym grozi niewypłacalność, muszą pożyczać pieniądze od Japonii, żeby bronić Japonii, pożyczać od Europy, żeby bronić Europy i pożyczać od krajów Zatoki Perskiej, żeby bronić tych samych krajów Zatoki Perskiej. (…) Między Rosją a Europą Środkową istnieje teraz strefa buforowa, obejmująca Litwę, Łotwę, Estonię, Białoruś i Ukrainę – państwa, które na początku dwudziestego wieku były częścią rosyjskiego imperium. Jak długo jeszcze 310 milionów Amerykanów będzie broniło 500 milionów zamożnych Europejczyków przed 140 milionami Rosjan, których liczebność z każdym rokiem maleje”.

Jakkolwiek brzmi to brutalnie, to trudno temu poglądowi nie przyznać racji – oczywiście, jeśli patrzy się z perspektywy Waszyngtonu, nie Warszawy. Kwestia nowej formy amerykańskiego izolacjonizmu przewija się w tamtejszej debacie politycznej od lat. Rezygnacja z funkcji światowego żandarma znajduje zwolenników zarówno wśród Demokratów, jak i Republikanów. Pięć lat temu stronnik Trumpa, były speaker Izby Reprezentantów Newt Gingrich przyznał, że w razie konfliktu z Rosją Estonia, członek NATO, nie będzie mogła za bardzo liczyć na amerykańską solidarność. „Nie jestem pewien, czy ryzykowałbym wojnę nuklearną dla miejsca, które jest przedmieściem Sankt Petersburga. Musielibyśmy się zastanowić, co by to mogło oznaczać” – stwierdził Gingrich.

W USA coraz bardziej powszechne jest przekonanie, że kraj ten wziął na siebie zbyt wiele obowiązków i nie jest w stanie im podołać. Obejmując parasolem ochronnym coraz to nowe kraje, nie tylko zyskuje kolejnych wrogów, ale musi także dźwigać coraz większe obciążenia ekonomiczne. To z kolei prowadzi do zadłużenia kraju, który przecież pragnie pozostać supermocarstwem.

Rachunek, wbrew pozorom, jest bardzo prosty. Utrzymywanie ogromnej liczby baz na całym świecie oznacza mniejsze pieniądze na nowe rodzaje broni, nowoczesne samoloty, okręty, drony, czołgi itp. Można się spodziewać, że w najbliższych latach USA skupią się przede wszystkim na sobie, by spłacić część ogromnego zadłużenia, zablokować wyprowadzanie produkcji z własnego kraju, rozwinąć nowe gałęzie przemysłu, zmodernizować armię itp. I Trump, i Biden doskonale rozumieją, że jeśli Stany Zjednoczone chcąc zachować status supermocarstwa, muszą się nieco wycofać ze świata, by odbudować własną potęgę od środka.

Nie możemy się na to obrażać, bo każdy kraj ma prawo do prowadzenia takiej polityki, która jest korzystna dla niego samego. Nawet jeśli zniesienie sankcji na firmy budujące Nord Steam 2 jest błędem – w dłuższej perspektywie także dla USA – to nie możemy mu w żaden sposób zapobiec.

Polityka nie jest jednak nigdy procesem skończonym. Jeśli zmienia się sytuacja, pojawiają się także nowe możliwości. Tak jak wzorowo Polska wykorzystała dobrą dla siebie koniunkturę wynikającą z kadencji Donalda Trumpa, tak teraz musi zrobić wszystko, by dobrze zdiagnozować szanse wynikające z nowego rozdania. A ono wcale nie jest dla nas tak bardzo niekorzystne.

Rosja dokonująca skrytobójstw na terenie Unii Europejskiej, wysadzająca skład amunicji w kraju NATO, mordująca lub zamykająca w łagrach działaczy opozycyjnych wobec Putina, strzelająca do niezależnych dziennikarzy sama skazuje się na izolację. Nawet jeśli przez Nord Stream 2 popłyną miliardy metrów sześciennych gazu, jej sytuacja gospodarcza znacznie się nie poprawi. Jest zacofana, zmaga się z katastrofą demograficzną i społeczną. Dopóki Władimir Putin będzie głównym lokatorem Kremla, dopóty będzie postrzegana jako państwo zbójeckie. Potężne z powodu możliwości destabilizacji sytuacji w różnych częściach globu, ale słabe, ponieważ nieposiadające zdolności tworzenia sieci sojuszy czy ustanowienia jakiejkolwiek strefy bezpieczeństwa.

Białoruś, która jeszcze niedawno mogła przyciągnąć spore inwestycje, dziś staje się absolutnym pariasem. Państwem bez przyszłości zarówno z perspektywy wewnętrznej i międzynarodowej. Aleksander Łukaszenka nie ma już możliwości balansowania między Rosją a Zachodem. Gwarantem jego prezydentury, ale może także i życia, stał się Putin. Zwasalizowany stał się lokalnym watażką, którego przy władzy mogą utrzymać jedynie rosyjskie karabiny. Można się spodziewać, że Białoruś – jak Polska pod rządami Wojciecha Jaruzelskiego – przeżyje poważny kryzys demograficzny wynikający z masowej emigracji. Dla kraju liczącego niespełna 9,5 miliona mieszkańców będzie to oznaczać powolne zapadanie się w sobie.

Niemcy zmagają się z poważnym kryzysem społecznym wynikającym z przyjęcia milionów imigrantów. Wydatki na ich utrzymanie są ogromne, a jednocześnie tamtejsza gospodarka przegapiła rewolucję 4.0 i straciła na konkurencyjności. Na początku tego roku Polska stała się dla Niemiec ważniejszym partnerem handlowym niż na przykład Włochy, nie wspominając już o Rosji. Co więcej, Polska jest na trzecim miejscu pod względem eksportu towarów do Niemiec (po Chinach i Holandii), wyprzedzając w tym roku Stany Zjednoczone i Francję. Nawet jeśli znaczna część eksportu to efekt pracy niemieckich firm działających w Polsce, to tendencja jest rosnąca, gdyż nasze przedsiębiorstwa inwestują potężne środki w robotyzację, a więc w poprawę efektywności. Działające w naszym kraju niemieckie przedsiębiorstwa korzystają z usług nowoczesnych polskich firm, a to podnosi konkurencyjność – polską i niemiecką.

Co więcej, nasz kraj stał się szóstym importerem towarów z Niemiec – wyprzedzając Włochy i Austrię. Dostrzegają to już doskonale analitycy zza Odry, gdyż handel z Polską okazał się szansą na przełamanie recesji w tym kraju. „Polska w ostatnich latach z powodzeniem zdywersyfikowała swój rynek. Choć poszczególne sektory zostały mocno dotknięte przez pandemię, to spadki w nich zostały wchłonięte przez inne branże” – mówił w lutym Lars Gutheil, dyrektor zarządzający Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej w Warszawie.

Dlatego niedawne spotkanie premiera Mateusza Morawieckiego z niemieckimi przedsiębiorcami przyciągnęło tłumy. „Oliver Hermes, szef Komisji Wschodniej – Zrzeszenia Europy Wschodniej Niemieckiej Gospodarki (OAOEV) jest przekonany, że Polska jest gwarantem sukcesu dla niemieckiej gospodarki tak jak Robert Lewandowski dla Bundesligi. I dodał, że Polski Ład (szczególnie plany związane z transformacją energetyczną) jest ogromnie interesujący dla niemieckiej gospodarki, tak jak strategia Przemysł 4.0, zakładająca transformację technologiczną i organizacyjną przemysłu” – pisało kilka dni temu „Deutsche Welle”.

Polska więc nie tylko zyskuje w Europie status, jakiego od dawna nie posiadała, ale dostaje czas, by – jak USA – zająć się sobą. Wzmocnić się gospodarczo, społecznie i militarnie. I w ten sposób poczekać aż międzynarodowa koniunktura się poprawi. Byśmy znów byli gotowi ją wykorzystać.

Inne wpisy tego autora

Mocarstwa się mylą

W sprawie gazociągu Nord Stream 2 amerykański prezydent popełnia błąd. Nie dlatego, że to godzi w interesy Polski i Europy Środkowej, ale ponieważ wzmacnia najniebezpieczniejszy

Unia niezałatwionych spraw

Nieudolność Komisji Europejskiej w sprawie zamówienia i dostarczenia krajom członkowskim szczepionek przeciw COVID-19 pokazuje prawdziwe oblicze UE. Organizacja, która skupiła się na wymuszeniu światopoglądowej rewolucji,

Niebezpieczny Schroeder

Sojusz Północnoatlantycki to przeżytek, pojęcie Zachodu jest nieaktualne, a Europa powinna samodzielnie stawiać czoło USA i Chinom – takie tezy stawia były kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder. Jako były polityk może otwarcie mówić to, o czym inni szepczą.