Historyczni rewizjoniści

Mariusz Staniszewski

Doceniasz tę treść?

Zmiana nazwy Ronda Romana Dmowskiego w Warszawie jest próbą przeniesienia na polskie warunki ruchu BlackLivesMetter, czyli swego rodzaju buntu przeciw własnej historii. Bohaterowie nie mają być oceniani przez pryzmat własnych dokonań, ale raczej z powodu aktualnych potrzeb politycznych. A te zakładają zerwanie z przeszłością w imię budowy nowego, wspaniałego świata.

Zasług Romana Dmowskiego dla odzyskania przez Polskę niepodległości i ustalenia granic nie sposób przecenić. To on reprezentował Rzeczpospolitą na kongresie wiedeńskim, negocjował z USA, Anglią i Francją utworzenie państwa, dając się poznać jako wytrawny dyplomata. Warto też jednak pamiętać, że zapobiegł interwencji wojsk niemieckich w czasie powstania wielkopolskiego, dzięki czemu zryw zakończył się sukcesem. Dmowski przekonał wówczas przedstawicieli państw ententy, by zagrozili Niemcom interwencją na Zachodzie, jeśli regularne wojsko wkroczy do Wielkopolski i będzie próbowało zdusić powstanie. To za jego sprawą do Polski przyjechała w pełni wyekwipowana i uzbrojona Błękitna Armia gen. Józefa Hallera, która później odegrała tak znaczącą rolę w wojnie z bolszewikami.

Jego dzisiejsi przeciwnicy podnoszą kwestię traktowania przez przywódcę Narodowej Demokracji kwestii żydowskiej – Dmowski uważał na przykład, że opanowanie przez tę mniejszość handlu jest sprzeczne z interesem państwa – zapominając jednak o ówczesnych realiach. Nastroje antyżydowskie obecne były niemal w całej Europie, ale nikt wówczas nawet nie mógł sobie wyobrazić istnienia komór gazowych i obozów zagłady. Dmowski pisał raczej o konieczności wzmacniania żywiołu polskiego w odradzającym się właśnie państwie. O tym, iż problem musiał istnieć w świadomości ówczesnego społeczeństwa, może świadczyć fakt, że tuż przed I wojną światową ponad połowę mieszkańców Warszawy stanowili właśnie Żydzi. Napięcia na tle narodowościowym – choć oczywiście daleko im do tego, co w latach trzydziestych działo się w Niemczech – były na porządku dziennym.

Sposoby rozwiązania tej kwestii musiały więc znaleźć się w programach politycznych partii od prawa do lewa. Trzeba jednak pamiętać, że zawsze chodziło o metody demokratyczne i zgodne z polską tradycją. Ostatecznie zwyciężyła bardziej uniwersalistyczna koncepcja piłsudczykowska, ale warto zauważyć, że nie była to wcale główna oś sporu ówczesnych nurtów politycznych.

Odebranie jednemu z głównych rond w stolicy imienia Dmowskiego nie jest więc powodowane jakimiś jego przewinami, ale należy je rozumieć jako próbę wymazywania z pamięci znaczącej postaci II Rzeczpospolitej, gdyż daleko jej do ideału polityka współczesnej liberalnej lewicy. Był zwolennikiem tradycyjnych wartości, obecności wiary w życiu społecznym, a przede wszystkim uważał, że kluczem do siły państwa jest kondycja narodu. Dla wyznawców nowoczesności to wszystko jest herezją. Sposobem na wyparcie takich postaci ze zbiorowej świadomości jest zapomnienie i zastąpienie nowymi symbolami. Zamiast bohatera sprzed stu lat warszawiacy mają oddawać hołd prawom kobiet.

To oczywiście nie jest niczym nowym. W Wielkiej Brytanii rewolucjoniści, którzy pragną pogrzebać stary porządek, niszczyli pomniki Winstona Churchilla, premiera, który walnie przyczynił się do pokonania nazistowskich Niemiec, a więc kraju skrajnie rasistowskiego. W USA padały pomniki założycieli tego kraju Jeffersona czy Waszyngtona, gdyż byli właścicielami niewolników. Oberwało się nawet Tadeuszowi Kościuszce, który akurat część swojego majątku zapisał na uwolnienie, a następnie kształcenie czarnych mieszkańców Stanów Zjednoczonych.

W tym wszystkim nie chodzi o rację, zasługi historyczne czy wiedzę, ale o zburzenie istniejącego świata wraz z jego bohaterami. Prawda nie ma tu nic do rzeczy.

Walka o przeszłość nie odbywa się jednak wyłącznie na poziomie pomników i nazw ulic. Równolegle toczy się znacznie bardziej zażarta i groźniejsza batalia o zapisanie pamięci w podręcznikach historii. Prawda także nie ma tutaj znaczenia, gdyż chodzi o rewolucję. Można to opisać na przykładzie wystąpienia prof. Jana Zbigniewa Grabowskiego, który zarzucił polskim władzom upamiętnianie osób, które za diamenty, złoto i pieniądze sprzedawały wodę Żydom więzionym do obozu w Treblince – jak wiadomo jednego z najstraszniejszych miejsc zagłady. Prof. Grabowski pomylił jednak obóz w Treblince z wsią o tej samej nazwie, która znajduje się w innym powiecie. Mieszkańcy tej wsi wsławili się rzeczywistą pomocą dla mordowanych przez Niemców Żydów w czasie II wojny światowej. Można by oczywiście pomyśleć, że to zwykła pomyłka topograficzna, ale przecież prof. Grabowski nie skupia się na badaniach naukowych (gdyby tak rzeczywiście było, tego rodzaju błąd byłby mało prawdopodobny, a gdyby się zdarzył, natychmiast zostałby sprostowany), ale na przypisywaniu konserwatywnemu rządowi i popierającym go wyborcom wspierania antysemityzmu. Prof. Grabowski napisał tak: „Treblinka is one of the last places of Jewish memory, of Jewish suffering. The appropriation of this space for the reasons of Polish national feel-good narrative is an awful and inexcusable act” (Treblinka jest jednym z ostatnich miejsc żydowskiej pamięci, żydowskiego cierpienia. Zawłaszczenie tej przestrzeni ze względu na polską narodową narrację o dobrym samopoczuciu jest aktem okropnym i niewybaczalnym).

Jego wpis natychmiast rozszedł się po serwisach społecznościowych, a komentujący opis internauci nie kryli oburzenia zachowaniem polskich władz. Nie ma tu już znaczenia, że informacja jest w całości nieprawdziwa (od miejsca zdarzenia, po rządową inicjatywę – tą wykazali się sami mieszkańcy wspomnianej wsi, którzy pragnęli upamiętnić chwalebne zachowania swoich przodków), nikt przecież nie będzie tego weryfikował, gdyż osoby uznające prof. Grabowskiego za autorytet rekrutują się głównie z zagorzałych przeciwników konserwatywnego rządu. Zatem informacja o tym, że profesor mijał się z prawdą, najpewniej do nich nie dotrze, a nawet jeśli jakimś cudem przeczytają o tym, to i tak nie uwierzą.

O skuteczności podobnych, wcześniejszych działań prof. Grabowskiego i jemu podobnych może świadczyć fakt, że amerykańska profesor Eliyana Adler kilka tygodni temu nie przyjęła nagrody Instytutu Pileckiego za publikację „Survival on the Margins: Polish Jewish Refugees in the Wartime Soviet Union”. Prof. Adler najpierw przyznała, że nagroda jest dla niej zaszczytem i wyraziła wdzięczność. Później jednak zmieniła zdanie, tłumacząc, że Instytut jest „zaangażowany w tłumienie pracy historyków, którzy starają się pokazać złożone i w istocie tragiczne aspekty wojennej przeszłości Polski”.

Warto zwrócić uwagę, w jaki sposób Instytut Pileckiego tę wolność ograniczał. Otóż nieco ponad rok temu dr Hanna Radziejowska z Instytutu Pileckiego przeanalizowała prace prof. Grabowskiego. Zarzuciła mu zawyżanie danych, a bazowanie na informacjach niemożliwych do sprawdzenia ma udowodnić współodpowiedzialność Polaków za zagładę Żydów, wyrywkowe traktowanie źródeł, opieranie się na niewiarygodnych wyrokach komunistycznych sądów czy wreszcie pomijanie akcji polskiego podziemia przeciwko kolaborantom. Innymi słowy, podważyła wiarygodność najsłynniejszej chyba książki prof. Grabowskiego „Dalej jest noc”. W polemice autor nie odpowiada jednak na zarzuty, ale zbywa je stwierdzeniem, że dr Radziejowska jako pracownica Instytutu Pileckiego jest urzędniczką na usługach rządu.

Rewolucjoniści doskonale rozumieją, że George Orwell miał rację, mówiąc: „kto panuje nad przeszłością, panuje też nad przyszłością”.

Poglądy wyrażane przez blogerów publikujących dla WEI mogą nie być zgodne z oficjalnym stanowiskiem think-tanku.

Inne wpisy tego autora

Koniec koncertu mocarstw

Usilne próby Francji i Niemiec, by utrzymać Rosję w gronie mocarstw, pokazują w rzeczywistości skalę kryzysu, w jakim znalazły się najsilniejsze państwa Unii Europejskiej. Mogą

Moskwa nie chce być Zachodem

Okrucieństwo, ludobójstwo czy barbarzyństwo, jakim odznaczają się Rosjanie podczas wojny na Ukrainie, nie są przypadkiem czy wynikiem frustracji z powodu zaciekłego oporu, z jakim się

Kiedy Rosja ponosi klęski

Nie wiemy, jak i kiedy zakończy się wojna za naszą wschodnią granicą, ale po kilkunastu dniach widać, że Rosja musi walczyć sama przeciw szerokiej koalicji.