Unia niezałatwionych spraw

Unia niezałatwionych spraw

Doceniasz tę treść?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Nieudolność Komisji Europejskiej w sprawie zamówienia i dostarczenia krajom członkowskim szczepionek przeciw COVID-19 pokazuje prawdziwe oblicze UE. Organizacja, która skupiła się na wymuszeniu światopoglądowej rewolucji, nie jest zdolna do sprostania prawdziwym wyzwaniom.

Różnica w liczbie zaszczepionych obywateli Izraela, Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych a państw Unii Europejskiej powinna podziałać jak kubeł zimnej wody na unijnych przywódców. „W walce z wirusem nie jesteśmy tam, gdzie chcemy być. Za późno autoryzowaliśmy, byliśmy zbyt optymistyczni, jeśli chodzi o masową produkcję i być może byliśmy zbyt pewni, że to, co zamówiliśmy, przyjdzie na czas” – mówiła w poniedziałek w Parlamencie Europejskim szefowa KE Ursula von der Leyen.

Gdybyśmy przełożyli te słowa na język zwykłych ludzi, usłyszelibyśmy, że UE poniosła porażkę, ponieważ nie jest w stanie reagować tak szybko jak państwa narodowe, gdyż jej działania blokują bizantyjskie procedury oraz naciski grup interesu, które z każdej unijnej decyzji muszą wyciągnąć jakiś zysk. Ta ociężałość przekłada się jednak nie tylko na dramaty milionów Europejczyków, którzy tracą pracę czy własne firmy, ale podważa – i tak już wątłe – zaufanie do Unii jako instytucji zdolnej do rozwiązywania rzeczywistych problemów. Sprawa zamówienia i dostarczenia szczepionek przeciw COVID-19 nie jest przecież pierwszym kryzysem, z którym Unia Europejska nie jest w stanie sobie poradzić.

Prześledźmy zatem sposób rozwiązania kilku ostatnich, które dotknęły UE.

Kryzys migracyjny

Nie ma co się rozwodzić nad „Herzlich Willkommen”, które Angela Merkel wypowiedziała do milionów imigrantów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu oraz próby rozłożenia odpowiedzialności za ten błąd na wszystkie kraje UE. Historia jest znana i nie ma jej sensu powtarzać.

Warto jednak zastanowić się, jakie wnioski Unia Europejska wyciągnęła z tamtej lekcji. I wcale nie chodzi tylko o konieczność ochrony granic przed napływem niekontrolowanej fali przybyszów. Tu pewien przełom nawet nastąpił. Granica grecko-turecka jest strzeżona mocniej, a kraje powstrzymujące imigrantów nie są za to karane – jak wcześniej Węgry – ale nagradzane. Choć niedostatecznie.

Czy jednak instytucje unijne przyjrzały się genezie napływu uchodźców? Jej główną przyczyną jest wielki kontrast między bogatą i starzejącą się Europą oraz przeżywającymi boom demograficzny, biednymi krajami Afryki i Bliskiego Wschodu. Ludzie migrujący w poszukiwaniu lepszego życia działają przecież racjonalnie. Co więcej, wiele krajów europejskich, by zapewnić swoim gospodarkom możliwości rozwoju oraz emerytury leciwym obywatelom, potrzebuje nowych rąk do pracy.

Imigracja jest jednak tylko jednym ze sposobów zaspokojenia potrzeb rynku pracy. Jak pokazują doświadczenia Francji, Niemiec, Szwecji czy Holandii niekoniecznie najbardziej skutecznym. Znacznie lepsze jest podniesienie dzietności rodzin europejskich. To zapewniłoby nie tylko dobrych pracowników – lepiej wykształconych, znających język i kulturę, przyzwyczajonych do europejskiego etosu pracy – ale także przetrwanie cywilizacji zachodniej.

Instytucje unijne działają jednak w zupełnie przeciwnym kierunku. Ogarnięte obsesją praw mniejszości seksualnych promują zachowania, które z prokreacją nie mają wiele wspólnego. To tam kierowane są pieniądze i uwaga unijnych urzędników.

Jakby tego było mało – choć wykracza to poza unijne traktaty – instytucje UE starają się robić wszystko, by maksymalnie liberalizować w krajach członkowskich prawo aborcyjne. Płód ludzki traktowany jest w Unii jak rodzaj choroby.

Drugą stroną tego medalu jest powiększająca się bieda krajów sąsiadujących ze Wspólnotą. Szczególnie od Południa. Im bardziej UE będzie zamykać dla tamtejszych produktów swój rynek, tym bardziej żyjący tam młodzi ludzie będą pozbawiani szans na godne życie w swoich krajach. Mając do wyboru biedę i beznadzieję u siebie oraz szansę na lepsze życie gdzie indziej, wybiorą to drugie. Większość z nas postąpiłaby tak samo.

Unia jest jednak zajęta tworzeniem idiotycznych przepisów podnoszących w nieskończoność wymogi ekologiczne dla produktów trafiających na europejski rynek. I wcale nie chodzi tu o zapewnienie bezpieczeństwa środowisku naturalnemu, ale eliminowanie konkurencji.

Kryzys na Ukrainie 

Teoretycznie w sporze o Krym Unia Europejska opowiedziała się po stronie zaatakowanej Ukrainy. Na Moskwę nałożono sankcje, a pokazywanie się z Władimirem Putinem nie należy do dobrego tonu.

Czy w rzeczywistości Unia Europejska zrobiła cokolwiek, by zaatakowanemu pomóc? Dozbroiła armię, wysłała stałych obserwatorów na linie frontu, alarmuje o każdym naruszeniu rozejmu czy łamaniu praw człowieka przez agresora? Nic takiego. Gerhard Schroeder mówi otwarcie, że Ukrainę należy pozostawić w strefie rosyjskich wpływów, a przywódcy Niemiec, Francji, Holandii czy Włoch swoim brakiem działania potwierdzają, że opinia ta jest na europejskich salonach powszechna.

Gra toczy się raczej o to, by ciągnąć z Rosji więcej gazu po dnie Bałtyku i w ten sposób jeszcze mocniej narazić Ukrainę na energetyczny szantaż ze strony Moskwy.

Najlepszym obrazem skuteczności brukselskiej dyplomacji była ostatnia wizyta na Kremlu szefa unijnej dyplomacji Josepa Borrella. Nie tylko został tam poniżony (podczas jego wizyty Rosja wydaliła trzech unijnych dyplomatów: z Polski, Niemiec i Szwecji, a minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow zapowiedział, że jego kraj jest gotowy zerwać stosunki dyplomatyczne z Unią), ale po raz kolejny udowodnił, że polityka zagraniczna UE jest fikcją przynoszącą więcej szkody niż pożytku. Jej jałowość i naiwność jedynie ośmiela putinowski reżim do coraz bardziej agresywnych kroków.

Stwierdzenie Borrella, że „Rosja stopniowo odłącza się od Europy i traktuje wartości demokratyczne jako zagrożenie egzystencjalne”, świadczy albo o tym, że nie ma pojęcia, co się w tym kraju dzieje od dwóch dekad, albo w ogóle nie zna jego historii.

Kryzys euro

Gdy wkrótce po tąpnięciu na Wall Street w 2008 roku rozpoczął się kryzys grecki, okazało się, że cały projekt euro może się zawalić. Winni wcale nie byli tylko Grecy, którzy zadłużyli się ponad miarę. Wszak na każdego nieodpowiedzialnego kredytobiorcę przypada jeden nieodpowiedzialny kredytodawca.

W normalnej sytuacji w 2010 roku Ateny powinny były ogłosić bankructwo. Musiałoby to doprowadzić do przynajmniej częściowej redukcji długów, prawdopodobnie opuszczenia przez ten kraj strefy euro i mozolnego odbudowywania własnej wiarygodności na arenie międzynarodowej. Drakoński program naprawczy pozwoliłby Grekom odbić się od dna.

To jednak doprowadziłoby do szeregu bankructw banków niemieckich i francuskich, które ochoczo kupowały greckie obligacje i w ten sposób finansowały tę fikcję. Zadłużone po uszy Ateny zostały więc zmuszone do przyjmowania kolejnych kredytów. Pieniądze te nie płynęły jednak do upadającej greckiej gospodarki, ale na konta banków we Francji i w Niemczech. Z beznamiętną szczerością mechanizm ten opisał w swojej książce „Porozmawiajmy jak dorośli” Janis Warufakis, były grecki minister finansów. W dużej mierze za uratowanie euro zapłacili nie ci, którzy na tym najwięcej zarobili – Niemcy, Holandia czy Francja – ale znacznie biedniejsi Grecy. Musieli sprzedać wszystko, co przynosiło im dochody, a długi będą spłacać jeszcze przez dziesięciolecia.

Można powiedzieć, że sami sobie byli winni, bo zadłużyli się po uszy i na kredyt pławili się w bogactwie. Nawet jeśli to prawda, to lekcja ta powinna być dla Unii przestrogą. Konieczne jest wprowadzenie mechanizmów, które zapobiegną drenowaniu z bogactwa państw biedniejszych przez Niemcy, Holandię i trochę Francję. Niemiecki ekonomista Walter Eucken napisał kiedyś: „oparta na podziale pracy gospodarka uprzemysłowiona oferuje możliwości dominacji i sprawowania władzy, jakich przedtem w historii nie było. Albo jest to indywidualna grupa, która opanowuje ten aparat i koncentruje w swoim ręku całą władzę, albo mamy do czynienia z licznymi prywatnymi bądź państwowymi grupami dominującymi, które działają ze sobą lub przeciw sobie”.

Ta diagnoza idealnie pasuje do dzisiejszej Unii Europejskiej, a zwłaszcza jej jądra, czyli krajów strefy euro. Niemal całość władzy gospodarczej, a co za tym idzie także i politycznej, znalazła się w Niemczech, kraju, który jest największym partnerem gospodarczym niemal wszystkich innych członków UE. Sukces ten nie wynika tylko z przedsiębiorczości i zaradności Niemców, ale także z wykorzystywania instytucji unijnych, w tym Europejskiego Banku Centralnego, do własnych celów.

Jeśli transfer bogactwa dalej będzie się odbywać tylko w jednym kierunku, to narastać będzie frustracja obywateli pozostałych państw. Już dziś w wielu z nich – choćby we Włoszech czy Francji – entuzjazm dla istnienia Unii znacznie przygasł.

Generowanie kryzysów 

Można by jeszcze wymienić kilka innych kryzysów, których unijna administracja nie potrafi rozwiązać: polityka obronna, energetyczna czy rolna. Realne działania zastępuje się ideologicznymi wezwaniami, które coraz mocniej odrywają Brukselę od stąpających twardo po ziemi zwykłych Europejczyków.

Od rozwiązywania problemów łatwiejsze jest jednak ich generowanie. Takim przykładem może być opracowywany właśnie „Europejski zielony ład”. Ten stek bzdur mógł się urodzić tylko w skrajnie zideologizowanych głowach unijnych socjalistów, którzy nigdy uczciwie nie pracowali.

Propozycja ta zakłada na przykład wyłączenie z produkcji leśnej trzydziestu procent powierzchni lasów we wszystkich krajach członkowskich i pozostawienia go jako ścisłego rezerwatu. Główny autor „Europejskiego zielonego ładu”, znany nam dobrze Frans Timmermans – ten sam, który wspierał Roberta Biedronia, a którego kandydaturę na szefa Komisji Europejskiej zablokował m.in. polski rząd – nie liczy się z tym, że działania takie doprowadzą do załamania przemysłu drzewnego i meblarskiego w Europie, bardzo ważnego na przykład w Polsce i Niemczech. W dłuższej perspektywie wprowadzenie takich regulacji zwiększy presję na kraje mniej rozwinięte, by wycinały swoje lasy, również deszczowe, a surowiec eksportowały do Europy. Jednak wtedy pewnie z Unii do Ameryki Południowej i Azji pojadą eksperci od środowiska i ekologiczni aktywiści, by biadolić nad smutnym losem tygrysów czy orangutanów.

Inne wpisy tego autora

Unijna zawierucha

Debata w Parlamencie Europejskim to rodzaj rytuału, w którym prawda nie ma żadnego znaczenia. Nawet najcelniejsze i najbardziej logiczne argumenty i tak rozbiją się o

Co się z nami stało?

Kryzys wywołany konfliktem w sprawie kopani Turów pokazuje, jak bardzo jesteśmy inni od naszych przodków. Nie chodzi tylko o polityczne elity, ale o naród –

Najtrudniejsze wyzwanie przed nami

Dążenie do ukarania Polski za niewykonanie wyroku TSUE w sprawie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego oznacza, że niechybnie zmierzamy do reformy Unii Europejskiej. W najbliższych latach