Dyplomacja buldogów pod dywanem
Jerzy Marek Nowakowski 21.02.2019

Przed laty, podczas pierwszego premierostwa Beniamina Netanjahu, premier Jerzy Buzek użył w rozmowie z nim formuły, że mamy jednego sąsiada, z którym nie mamy wspólnej granicy. To Izrael. Zgrabne formuły mają długi żywot, więc postanowiliśmy przyłączyć Izrael do Grupy Wyszehradzkiej zwołując szczyt V4 w Jerozolimie. Wyszło aż za dobrze, bo premier Izraela zajął miejsce szefa polskiego rządu w tym czworokącie.

 

Marzeniem politycznym prezydenta Lecha Kaczyńskiego było z kolei stworzenie Trójkąta: Izrael – Polska – USA. Zwołanie do Warszawy konferencji w sprawie Bliskiego Wschodu, będącej w rzeczywistości naradą wojenną przeciwników Iranu (co bez ogródek powiedział premier Netanjahu), miało być realizacją tego marzenia. Jeszcze w trakcie spotkania okazało się, że jest to trójkąt mocno nierównoboczny.

Obserwując Jacka Czaputowicza, który wił się jak piskorz próbując dowodzić, że nie ma zasadniczych różnic miedzy USA i Unią Europejską w momencie, kiedy stojący obok sekretarz stanu USA pohukiwał na największe państwa unijne miałem nieodparte wrażenie, że cofnąłem się w czasie o prawie 30 lat. Podczas operacji rozstrzeliwania parlamentu Borys Jelcyn nieustannie powtarzał formułkę: „ja, wspólnie z wiceprezydentem…”, wtedy gdy ówczesny wiceprezydent Rosji Aleksander Ruckoj aktywnie popierał przeciwników Jelcyna.

Polityka i dyplomacja wbrew pozorom są sztuka trudną. Postronny obserwator może sądzić, że polegają one na ściskaniu dłoni, bywaniu na przyjęciach i wygłaszaniu przemówień napisanych przez ghostwriterów. Prawdziwy test przychodzi jednak w momentach kryzysowych. A dokładniej, prawdziwym testem jest zapobieganie kryzysom. Publicznie dyplomacja najwyższego szczebla powinna wyglądać tak jak fałszywy stereotypowy obrazek – uśmiech, lansady, uściski dłoni i popijanie szampana w imieniu ludu. A jeśli – co samo w sobie jest porażką – do konfliktów dochodzi, to zadaniem polityka jest jak najszybsze ich rozładowanie i schowanie pod elegancki cylinder. Ostatnie tygodnie w polityce zagranicznej RP są modelowym przykładem tego, czego nie powinno się robić. Konferencja warszawska jest obwieszona zdechłymi psami tak bardzo, że szkoda się nad nią pastwić. Pisałem o niej kilka tygodni temu. I wypada zauważyć, że grzeszyłem nadmiernym optymizmem. Ale dokonajmy przeglądu wydarzeń ostatniego czasu.

Z zasady każdy dzień zaczynam od przeglądu prasy z regionów: Kaukazu i Państw Bałtyckich. No i któregoś ranka przecierałem oczy. Prawie wszędzie na pierwszych stronach czytałem informację o ostrym konflikcie polsko-norweskim. W mediach prorosyjskich była ona eksponowana z niekłamaną satysfakcją, w krytycznych wobec Rosji z niepokojem. A poszło o rzecz wprawdzie przykrą, ale drobną. Norwegia w dyskrecjonalnym trybie zwróciła się do Polski o wycofanie konsula. Konsul naraził się tamtejszemu urzędowi powołanemu do opieki nad dziećmi. Merytorycznie nasz dyplomata miał 100% racji walcząc z upiorną (uprawianą także w Polsce, ale w wydaniu skandynawskim doprowadzoną do absurdu) praktyką odbierania dzieci rodzicom. Zgodnie z konwencją wiedeńską miał prawo do kontaktu z obywatelami polskimi. Mniejsza o meritum. Rząd Norwegii zażądał jego wycofania. Zdarza się. Szczególnie, że misja konsula i tak miała się skończyć w czerwcu. Normalnie taką sprawę załatwia się po cichu. Ambasador, albo wręcz jego zastępca przychodzi do MSZ kraju gospodarza z tekstem otrzymanej noty i mówi… „chcecie aby wyjechał za trzy tygodnie? Wycofajcie notę a my go sami ściągniemy do kraju za cztery tygodnie. No i zadbamy, żeby nie było w tym czasie jakichś awantur”. Zazwyczaj spotyka się to z pozytywną reakcją. Tymczasem nasza dyplomacja puściła do mediów informację o żądaniu Norwegów. I oczywiście opakowała to falą moralnego oburzenia, a na koniec stwierdzeniem oficjalnym, też rozkolportowanym w prasie, że konsula nie odwołamy. W tym momencie było już ”po herbacie”. Norwegowie nie mieli innego wyjścia jak ogłosić konsula „persona non grata” a Polska z kolei trzymając się standardów dyplomatycznych wydalić jego odpowiedniczkę. I na kilka miesięcy( jak dobrze pójdzie) będziemy mieli ochłodzenie relacji pomiędzy dwoma kluczowymi państwami wschodniej flanki NATO.

Sądzić można, że ktoś z politycznych decydentów, czy któraś z grup buldogów walczących pod partyjnym dywanem na Nowogrodzkiej uznali, że opłaci się pokazać naszą godność i zdecydowanie, bo to się wyborczo opłaci. Druga opcja jest taka, że lobby producentów szampana ma swojego agenta w Warszawie, który załatwia rzeczonemu lobby masowe zamówienia z Moskwy. Bo awantura w NATO i budowanie za bezdurno wzajemnych negatywnych stereotypów w Polsce i Norwegii mogą cieszyć tylko jednego politycznego gracza – Rosjan.

Ale awantura z Norwegią okazała się absolutnym drobiazgiem w porównaniu do efektów konferencji warszawskiej. Spodziewałem się niezadowolenia Brukseli, powarkiwania Chin, zlodowacenia w relacjach z Iranem (ale przy okazji z Irakiem gdzie mamy swoje interesy), ale zorganizowanie wojny polsko – żydowskiej to naprawdę majstersztyk dyplomatyczny. Zgoda, nie myśmy ją tym razem zaczęli, raczej reagowaliśmy na wydarzenia. Ale efekt jest porażający. I trzeba uczciwie przyznać, że gdyby nasi politycy czytali cokolwiek poza sondażami, to powinni przynajmniej brać pod uwagę takie niebezpieczeństwo. Po pobieżnym zaleczeniu ran wywołanych ustawą o IPN należało pamiętać, iż nie tylko u nas jastrzębie są z zakończenia wojny niezadowoleni. Premier Izraela obrywał za oświadczenie podpisane wspólnie z Morawieckim. A spora część środowisk żydowskich w USA nie uwierzyła nagle w szczerość polskich intencji. Mieliśmy więc festiwal zaplanowanych gaf dyplomatycznych. Od restytucji mienia zaanonsowanej przez Mike’a Pompeo, poprzez dość skandaliczne teksty czołowej dziennikarki amerykańskiej Andrei Mitchell (w świecie dziennikarskim USA ma ona rangę porównywalną do Jolanty Pieńkowskiej w Polsce), aż po niezręczną – jak sądzę świadomie – wypowiedź premiera Izraela w Muzeum Polin.

Nagle nieszczęsna konferencja zaczęła się kręcić wokół relacji polsko – żydowskich. Trzeba było zareagować. Tyle, że znowu zrobiliśmy to z gracją kulawego słonia. Nagle na Twitterze zaczęli się wypowiadać Prezydent, Premier i czołowi politycy. A, że rzecz się wydarzyła tuż przed planowanym szczytem wyszehradzkim w Izraelu, to nasi politycy wpadli na genialną myśl, że będący na ostatnim etapie twardej kampanii wyborczej premier Netanyahu się ukorzy, przeprosi etc. przestraszywszy się odwołania szczytu.

Dla każdego, kto ma elementarne pojęcie o polityce wyglądało to mocno żałośnie. Trochę tak, jakby podwórkowy rozrabiaka, który bije (a częściej zastrasza) wszystkich na swojej ulicy nagle wszedł na ring i przekonany o swojej sile rzucił wyzwanie zawodowcowi wagi ciężkiej. Premier Izraela zgodnie z zasadami sztuki wysłał panią Ambasador i rzecznika prasowego, aby nieco złagodzili wrażenie jego wypowiedzi. A z polskiej strony rozkręciła się maszynka oburzeń. Znowu, zamiast cichej dyplomacji mieliśmy nieskoordynowaną wrzawę, na dodatek z najwyższego szczebla. No to Izraelscy politycy, niczym rekin który wyczuwa krew pojechali po bandzie: skandaliczna wypowiedź nowo powołanego Ministra Spraw Zagranicznych, Izraela Katza o „antysemityzmie, wyssanym przez Polaków z mlekiem matki” zamknęła pole kompromisu. Tym razem nie pozostało nic innego jak odwołać nasz udział w spotkaniu V4. Ale przekonanie o polskiej podmiotowości mocno podważyły roześmiane fotografie premierów Czech, Słowacji i Węgier z premierem Netanjahu. O tym, że odwołaliśmy spotkanie dowiedzieli się widzowie TVP. Dla innych obserwatorów, „odwiecznie antysemicka” Polska po prostu szczyt zbojkotowała. W pierwszej minucie, król podwórka leżał na deskach znokautowany przez zawodowca.

Żeby było jeszcze śmieszniej, to po serii ostro antysemickich ekscesów we Francji, za które musiał przepraszać sam prezydent Macron, świat i tak debatuje o awanturze z Izraelem i tradycyjnym antysemityzmie Polaków. Gdyby przypadkiem rozsądniejsze i bardziej propolskie środowiska żydowskie miały zamiar nas poprzeć, to odwołanie prof. Stoli, dyrektora Muzeum Polin, bardzo w tych kręgach cenionego, może ich od aktywnego wspierania Polski skutecznie odwieść. A gdyby i to nie pomogło, to po raz n-ty rozkręcamy sprawę ekstradycji Stefana Michnika, dumnie ogłaszając, że wezwaliśmy ambasador Szwecji na dywanik aby się tłumaczyła. Cytując ukochanego barda PiS: „gdybym nie wiedział że głupota to bym pomyślał, że prowokacja”.

Rzeczona głupota jest oczywiście sprytem małego Jasia, który uważa, że jego wyborcom spodoba się, jak to pokazaliśmy Żydom gdzie raki zimują. Wpisuje się w tradycję polityki zagranicznej ostatnich lat. Polityki, której nie ma, bo wszelkie działania w tej dziedzinie są podporządkowane celom bieżącej propagandy. Zamiast analizy długoterminowych interesów Polski mamy analizy bieżących sondaży. Relacje polsko-izraelskie są doskonałą ilustracją jak samobójcza jest to polityka. Kiedy obserwujemy jak karykaturowane są nawet te pomysły, które pojawiły się w otoczeniu Lecha Kaczyńskiego, jak w wyniku małych interesików poszczególnych grupek nacisku wewnątrz rządzącej partii demolowana jest nasza polityka wschodnia, jak z sojusznika USA ewoluujemy ku statusowi republiki bananowej to wypada przypomnieć powiedzenie Churchilla: Dyplomata to człowiek, który dwukrotnie się zastanowi, zanim nic nie powie.