Granice opodatkowania
Robert Gwiazdowski 07.07.2014

Trwająca debata o wprowadzeniu nowych podatków dla „najbogatszych” pokazuje, że historia jest najlepszą nauczycielką życia – uczy nas, że jeszcze nikogo, niczego, nigdy nie nauczyła. Zły podatek od nieruchomości był przyczyną secesji Niderlandów od Hiszpanii, a dziś jest przyczyn a upadku centrów wielu amerykańskich miast. Zły podatek był zresztą przyczyną wybuchu Rewolucji Amerykańskiej – nazywanej Wojną o Niepodległość Stanów Zjednoczonych. To była wojna o „niepodległość podatkową” pod hasłem „no taxation without representation”. Jak pisał Charles Louis de Montesquieu, złe podatki były przyczyną „tej osobliwej łatwości, z jaką mahometanie dokonali swoich zdobyczy. W miejsce nieustannych udręczeń, jakie wymyśliła chciwość cesarzy, ludy spotykały się z daniną prostą, łatwą do płacenia i do ściągania: wolej im było podlegać barbarzyńcom, niż skażonemu rządowi.”

Podatki mają konsekwencje – złe podatki dochodowe i te, które nazywane są składkami ubezpieczeniowymi wpływają na rynek pracy, dzietność kobiet i w konsekwencji na sytuację demograficzną i systemy emerytalne. „Europa nie ma przyszłości, jeśli nie zatrzyma procesu spadku urodzeń dzieci” – powiedział Georg Weigel, amerykański teolog katolicki i biograf Jana Pawła II podczas poniedziałkowej debaty w Pałacu Prezydenckim w Warszawie z cyklu „Idee Nowego Wieku”. A co jest alternatywą dla Europy? Czyżby nie ci właśnie „mahometanie”, o których wspominał Monteskiusz? Więc po raz kolejny należałoby przypomnieć, co pisał David Hume lata temu. „Podobnie jak niedostatek nadmiernie wygórowane podatki, powodując zniechęcenie, niszczą przemysł. Uważny a bezstronny ustawodawca nie przekroczy punktu, w którym kończą się korzyści, a zaczyna się krzywda. Jednakże, jako że przeciwne postępowanie jest znacznie szerzej rozpowszechnione, należy obawiać się, że w całej Europie podatki pomnożone będą do takiego stopnia, w którym całkowicie zmiażdżą wszelką sztukę i przemysł (…)”. W Polsce Roman Rybarski pisał, że „chodzi o to, by nie przeciągnąć struny z tego powodu, że państwo tylko w teorii ma nieograniczoną możność nakładania ciężarów na gospodarstwo społeczne. Przeciągnięcia struny podatkowej pociągnie za sobą redukcję dochodów skarbowych: bardzo łatwo jest uchwalić podatek, trudniej wprowadzić w życie, a jeszcze trudniej nałożyć taki podatek, który by nie krępował życia gospodarczego”, a „ciężary fiskalne za daleko doprowadzone zwracają się przeciw temu, kto te ciężary nakłada: albo produkcja słabnie, albo kapitał ucieka zagranicę; czyli niepodobna bez końca mnożyć ciężarów skarbowych”. No właśnie!

Rozważania o funkcjach podatków prowadzą nieuchronnie do pytania: ile państwo może zabrać podatnikowi, nawet jeżeli samo nie potrzebuje, lub też pytania drugiego: ile państwo powinno zabrać podatnikowi w celu realizacji jakiejś idei sprawiedliwości społecznej. Drugi człon pierwszego pytania jest oczywiście czysto teoretyczny: nie ma bowiem takich kwot, których państwo jako takie oraz jego urzędnicy nie potrafiliby roztrwonić na niepotrzebne inwestycje lub wręcz zdefraudować. Pytaniem powinno więc być to, ile podatnikowi można zabrać, aby nie tylko nie unicestwić jego zdolności podatkowej, ale wręcz tę zdolność rozwinąć. Innymi słowy jest to pytanie o granice opodatkowania. Choć niektórzy teoretycy rozważają ten problem, to twórcy prawa podatkowego całkowicie go ignorują. Ich schemat myślowy ogranicza się do stworzenia obowiązku podatkowego, abstrahującego od jego wpływu na funkcjonowanie gospodarki. Najczęstszym ich argumentem jest sprawiedliwość społeczna, na którą powołują się albo wprost, albo pośrednio, poprzez argumenty o konieczności finansowania „bezpłatnej” służby zdrowia czy oświaty publicznej. Jak to jednak zostanie dalej wykazane, nie ma takiej logicznie spójnej teorii sprawiedliwości, która byłaby wystarczającym uzasadnieniem współczesnych, redystrybucyjnych systemów podatkowych. Granice opodatkowania od zawsze wyznaczały z jednej strony potrzeby państwa, a z drugiej możliwości płatnicze podatników. Potrzeby państwa można oczywiście limitować. Jednak w wieku dwudziestym, a zwłaszcza w okresie powojennym, są one stale rozszerzane. Za potrzeby państwa uznano bowiem potrzeby części obywateli, czyniąc państwo odpowiedzialnym za ich urzeczywistnienie. Stanowiło to powód przesunięcia granic opodatkowania i niekontrolowanego wręcz wzrostu wydatków rządowych. We współczesnych państwach granice opodatkowania zaczęły być wyznaczane pozafiskalnymi zamierzeniami państwa, głównie w sferach społeczno-socjalnych.

Jak zauważył Wojciech Łączkowski, u podłoża wszystkich problemów rzutujących na granice opodatkowania leży przeto przede wszystkim pojęcie państwa, a zwłaszcza jego stosunku do obywateli i jego roli w rozwiązywaniu problemów społecznych. “Wizja państwa wpływa bowiem zasadniczo nie tylko na zakres jego kompetencji, ale również na moralne uzasadnienia ewentualnego przesuwania granic opodatkowania”. Z drugiej strony ten sam autor zaobserwował, że “kryterium zdolności płatniczej podatnika staje się już nie tylko jego stan ekonomiczny, lecz także, a może nawet przede wszystkim niezmienność jego zachowań po nałożeniu podatku. Reakcje podatników zaczynają coraz mocniej wpływać na ową drugą naturalną granicę opodatkowania”. Jak się więc wydaje konsekwencje podatkowe odzwierciedlone przez tak zwaną krzywą Laffera coraz powszechniej docierają do świadomości teoretyków prawa podatkowego.

Praktyka funkcjonowania współczesnych systemów podatkowych, a szczególnie doświadczenie polskie, każe do funkcji podatku dochodowego, dodać jeszcze inną, całkiem nową. Jest to funkcja polityczno-kontrolna. System podatkowy służy klasie politycznej jako narzędzie walki, stanowiąc poważny argument przetargowy we wszystkich kampaniach wyborczych i rozgrywkach w parlamencie i nawet wewnątrz poszczególnych partii, nie mówiąc już o koalicjach rządowych. Przykładem mogła być histeryczno-populistyczna reakcja polityków AWS w roku 1998 na propozycję Leszka Balcerowicza – ówczesnego lidera Unii Wolności, partii pozostającej z AWS w koalicji – wprowadzenia podatku liniowego. W roku 2003 w taki sam sposób zareagowała część polityków SLD, kojarzona z Aleksandrem Kwaśniewskim – jak Marek Borowski i Włodzimierz Cimoszewicz – na podobną propozycję wprowadzenia podatku liniowego premiera Leszka Millera. Podatki służą więc uprawianiu polityki, organizowaniu poparcia wyborczego, formowaniu grup specjalnych interesów, kształtowaniu relacji między różnymi grupami nacisku a decydentami politycznymi.

Co gorsza, podatki stają się także instrumentem kontroli obywateli i sterowania nimi, co pokazują przepisy ustawy o kontroli skarbowej oraz polityczne uzasadnienie dla ich wprowadzenia. To słynna ustawa o utworzeniu wojewódzkich kolegiów skarbowych oraz o zmianie niektórych ustaw regulujących zadania i kompetencje organów oraz organizację jednostek organizacyjnych podległych ministrowi właściwemu do spraw finansów publicznych pozwoliła wywiadowi skarbowemu, między innymi, podsłuchiwać rozmowy telefoniczne podatników. O kolegiach skarbowych były w niej tylko dwa artykuły. Większość stanowiła nowelizacja ustawy o kontroli skarbowej która wyposażyła policję skarbową w Środki inwigilacji obywateli, o jakich mogła jedynie pomarzyć stalinowska służba bezpieczeństwa. dla „ochrony socjalistycznego ustroju społeczno-politycznego”, zostały przyznane policji skarbowej dla ochrony interesów skarbu państwa. Co więcej, w te nadzwyczajne uprawnienia, wyposażani zostali ci sami ludzie, którzy wcześniej bronili „przodującego ustroju”, gdyż w policji skarbowej pracować mogli byli pracownicy milicji obywatelskiej i byłego urzędu ochrony państwa, którzy nie przeszli weryfikacji do pracy w służbach specjalnych.

Casus Romana Kluski, zatrzymanego przez oddział specjalny policji pod podatkowym pretekstem założyciela firmy Optimus, wcale nie był odosobniony. Inni podatnicy są jednak w trudniejszej sytuacji. Nie zdążyli się „skluskować” – jak sami nazywają sprzedaż przedsiębiorstwa inwestorowi i życie z odsetek – obawiają się więc równie niekonwencjonalnych działań, które nie będą tak spektakularnie nagłośnione jak w przypadku Romana Kluski.

Dlatego na koniec jeszcze raz oddajmy głos Monteskiuszowi: „Nic nie wymaga większej mądrości i ostrożności niż ustalenie tego, co należy brać od poddanych, a co im pozostawić”.