Gry wyborcze
Jerzy Marek Nowakowski 17.04.2020

Do czego służą wybory? Oczywiście w odpowiedzi na takie pytanie usłyszymy natychmiast mnóstwo frazesów o demokracji, obywatelach poszukiwaniu najlepszych z najlepszych itd. Tyle, że zarówno historia, jak praktyka systemów demokratycznych wskazują, że równie dobrym, a nawet lepszym sposobem wyłaniania ludzi na wysokie stanowiska publiczne jest metoda losowania. Niektóre analizy dowodzą wręcz, że jest to metoda dająca lepsze rezultaty. Ale też wybory wymyślono nie po to, by wybierać najlepszych. Wymyślono je przede wszystkim po to, by wzmocnić legitymację osób wybranych. Dopóki władza była dziedziczona, jej legitymacją była wola Boża lub cechy nadprzyrodzone (najbardziej znany przykład to rzekomy dar leczenia skrofułów dotykiem przez królów Francji). To samo dotyczyło oczywiście władzy lokalnej sprawowanej przez feudałów. Po zakwestionowaniu przez kolejne rewolucje modelu władzy dziedzicznej trzeba było znaleźć jakiś inny sposób legitymizacji władzy. Skoro nie z Bożej łaski to władza musiała pochodzić z woli ludu czy narodu. No i wymyślono wybory. Już wcześniej akt wyborczy był stosowany przy formowaniu parlamentów. Instytucji powołanych głównie do uchwalania podatków. I znowu, by podatki były płacone musiały robić wrażenie dobrowolnej daniny. A skoro dobrowolnej to należało tę decyzję jakoś legitymizować. No i zrobiono to poprzez dobór przedstawicieli grup opodatkowanych, którzy w głosowaniu i debacie decydowali o wysokości i sposobie nakładania podatków.

 

W każdym razie zasadniczym powodem, dla którego idziemy do urn wyborczych, jest przekonanie, iż przedstawiciele reprezentujący większość obywateli mają prawo podejmować decyzje w imieniu całości.

Piszę o tym, bo zdecydowanie najgorętszym tematem politycznym ostatnich tygodni w Polsce jest debata o terminie wyborów prezydenckich. Stanowiska są z grubsza trzy. Pierwsze – wybory powinny odbyć się w terminie (czyli 10 maja), bo nie ma konstytucyjnych powodów i możliwości by ich datę zmienić. Stanowisko drugie, nadzwyczaj popularne wśród opozycji powiada, że nie można organizować wyborów w tym terminie, bo grozi to rozprzestrzenieniem się epidemii. Skoro zabraniamy obywatelom wychodzić z domu i zamykamy przychodnie czy zakłady fryzjerskie to nie udawajmy, że bezpieczne będzie powszechne glosowanie. Stanowisko trzecie, mające mieć cechy kompromisu powiada: Nie możemy zorganizować wyborów, bo jest to groźne dla obywateli, ale nie możemy ich zwyczajnie przesunąć więc zmieńmy konstytucje tak, by było możliwe odłożenie wyborów o dwa lata, kiedy kryzys zdrowotny na pewno się zakończy.

Obok tej debaty, w której – o czym za chwilę – wszyscy gracze grają znaczonymi kartami, pojawiają się głosy rozsądku. Jeden z nich powiada – odłóżmy te wybory o dwa lata albo zróbmy je od razu, bo najważniejszą sprawą jest wydobycie się z kryzysu gospodarczego a kampania wyborcza tocząca się do jesieni lub wiosny przyszłego roku sprawi, że żadnej sensownej strategii ratowania gospodarki nie da się wprowadzić. Drugi z głosów rozsądku brzmi jeszcze mocniej. Nie możemy przeprowadzić wyborów, bo nie było możliwości prowadzenia kampanii oraz – o czym zapominamy – zbierania podpisów pod kandydaturami. A epidemia skoncentrowała społeczną uwagę na kwestiach zdrowotnych więc wybory majowe nie miałyby podstawowej cechy wyborów demokratycznych, czyli równości szans kandydatów.

Dlaczego mówię o znaczonych kartach? Bo PiS doszedł do wniosku, że kryzys będzie na tyle głęboki, iż począwszy od jesieni reelekcja Andrzeja Dudy będzie mało prawdopodobna. Z kolei Platforma zakłada podobnie, licząc przy okazji, że być może przy przełożeniu wyborów uda się podmiana kandydatki, z punktu widzenia PO oczywiście najlepszym wyjściem byłoby unieważnienie wyborów poprzez wycofanie się wszystkich kandydatów, ale po pojawieniu się kilku kandydatur egzotycznych jest to niemożliwe, więc optymalnym terminem dla PO byłby ten zaproponowany przez Gowina. Z kolei dla PSL najlepszy byłby termin jesienny. Kosiniak – Kamysz prezentuje się zdecydowanie najlepiej spośród kandydatów opozycyjnych i może liczyć na to, że ludzie wściekli na władze zagłosują właśnie na niego. Z punktu widzenia kandydata PSL optimum to wybory pomiędzy wrześniem a grudniem. Wreszcie dla Lewicy i Konfederacji termin najlepszy to wiosna przyszłego roku. Bo wówczas do wyborców dotrze, że nic nie będzie tak jak było i mogą poszukiwać rozwiązań skrajnych. No i rzecz istotna, zmiana lokatora w Pałacu Prezydenckim oznacza prawie na pewno przedterminowe wybory parlamentarne, bo rząd mający nieżyczliwego prezydenta i rozsypującą się większość parlamentarną nie byłby w stanie udźwignąć odpowiedzialności za kryzys gospodarczy i społeczny.

Tyle, że partyjne gry i zabawy mają się nijak do realiów najpoważniejszego kryzysu gospodarczego co najmniej od czasu wielkiego kryzysu lat trzydziestych ubiegłego wieku. Jedyną szansą na względnie bezbolesne wyjście z zapaści, wydaje się zgodne działanie wszystkich głównych sił politycznych. Ale trawestując stary dowcip są dla Polski dwa scenariusze: realistyczny i cudowny. Realistyczny to taki, że Pan Bóg osobiście przerwie epidemię i odbuduje gospodarkę. A cudowny to taki, że politycy się dogadają i zabiorą się do pracy na rzecz obywateli.

Cudowny scenariusz w kwestii wyborów byłby taki, że wprowadza się drobną korektę do Konstytucji. Nie majstrując przy kadencjach prezydenckich, czy wprowadzając specjalne przepisy konstytucyjne jednocześnie wydłużające i skracające kadencję urzędującego prezydenta. Wyjściem najprostszym byłoby dodanie w istocie dwóch słów do punktu 1 w Artykule 228 Konstytucji. Są tam wymienione stany nadzwyczajne. Dopisujemy do ich listy stan epidemii. A w artykule 232 dodajemy punkt przepisujący założenia ustawy o stanie epidemii. W ten sposób unikamy dwóch niebezpieczeństw związanych ze stanem klęski żywiołowej. Pierwszego, jakim jest bardzo krótki czas obowiązywania tego stanu nadzwyczajnego (30 dni z możliwością przedłużenia), oraz drugiego rozszerzającego nadmiernie uprawnienia Rady Ministrów. Stan epidemii jest wprowadzony do końca sierpnia, z możliwością przedłużenia przez Sejm o kolejne pół roku. Czyli wybory byłyby pomiędzy początkiem grudnia a początkiem maja przyszłego roku. Najważniejsze jednak w wypadku rozwiązania o charakterze konstytucyjnym, byłoby danie silnego mandatu politycznego i jasnego sygnału dla obywateli, że klasa polityczna zgodnie współpracuje a nie kugluje swoje interesy w obliczu narodowej klęski. Teoretycznie takie rozwiązanie jest jeszcze możliwe bo wprawdzie projekt zmiany konstytucji musi być procedowany po 30 dniach od jego zgłoszenia, ale nadzwyczajne uprawnienia – konstytucyjnie wątpliwe lecz przyjęte przez Sejm – dają Marszałkowi prawo przesunięcia daty wyborów do 24 maja. Zmiana konstytucji przed tą datą jest jeszcze możliwa. Tyle, że dogadanie się polityków byłoby cudem a tych oczekiwać nie należy.

W wypadku wyborów w maju, wszystko jedno korespondencyjnych czy normalnych, trzeba się liczyć z dramatycznymi konsekwencjami. Po pierwsze, wybory niemal na pewno zostaną zakwestionowane jako nie spełniające warunków wyborów demokratycznych. Prezydent wybrany w tych wyborach, o ile Sąd Najwyższy je zatwierdzi, będzie miał w kraju status podobny – o ile nie gorszy – jak pani prezes Przyłębska. A przypomnę, będzie musiał się zmierzyć z najpoważniejszym kryzysem od czasów II Wojny Światowej. Nie chcę być złym prorokiem, ale wybory w maju mogą się skończyć „kryterium ulicznym” jesienią albo wiosną.

Wprowadzenie stanu klęski żywiołowej odwleka wybory do wczesnej jesieni. Z punktu widzenia gospodarki to rozwiązanie najgorsze, zgadzam się z Cezarym Kaźmierczakiem. Bo rządowi wystarczy jeszcze pieniędzy na kupowanie głosów i zamiast walki z kryzysem będzie prowadził kampanię wyborczą. Tyle, że legitymacja prezydenta wybranego we wrześniu lub październiku byłaby znacznie mocniejsza. Poza tym obywatele mieliby już świadomość, że wybierają lidera na czas strasznego kryzysu.

Pozostaje jeszcze aspekt międzynarodowy. Bardzo wiele wskazuje na to, że społeczność międzynarodowa uznałaby wybory majowe (i słusznie) za niespełniające kryteriów wyborów demokratycznych. A to by oznaczało, że status polskiego prezydenta, zwłaszcza gdyby był to Andrzej Duda, byłby zbliżony do tego jakim cieszy się Aleksander Łukaszenka. Zaś Polska zostałaby zepchnięta do kraju o statusie zbliżonym do Turcji, ale pozbawionego atutów, wielkości i położenia geopolitycznego, z których korzysta Ankara.

Ekonomiści prognozują, że grozi nam zwinięcie się gospodarki do poziomu z lat dziewięćdziesiątych. Nieodpowiedzialność polityków może sprawić, że w dziedzinie systemu politycznego, międzynarodowego autorytetu i kapitału społecznego cofniemy się jeszcze dekadę wcześniej.

Jakość klasy politycznej sprawdza się w czasie kryzysów. Nie chcę porównywać obecnej sytuacji do wydarzeń z przeszłości. Ale zabawa w grupę rekonstrukcyjną późnej sanacji nie może się dobrze skończyć.