Iga i podatki
Robert Gwiazdowski 10.10.2020

Obiecałem, że jak Iga Świątek wygra, to udostępnię, co kiedyś napisałem. W 2004 roku dostałem od Pana Bohdana Tomaszewskiego propozycje skreślenia kilku słów do biuletynu turnieju tenisowego Jego imienia. Zaniemówiłem wówczas z wrażenia. O czym miałbym napisać? Ale szybko przyszło mi do głowy skojarzenie! Tenis to pieniądze. A jak pieniądze to i podatki. Więc było o czym pisać, nawet jak się człowiek nie za bardzo znał na tenisie… Napisałem  wówczas, że:

„W czasach, gdy byłem „piękny i młody” tylko „niezguły” nie pasjonowały się sportem. Każdy, kto ganiał koło trzepaka za piłką interesował się także kolarstwem i siatkówką i czym się tylko dało. Wybór był niewielki, bo NBA, czy NHL jako sportów imperialistycznych komunistyczna telewizja nie pokazywała. Z tenisem było podobnie. Aż wydarzyło się dla ówczesnej władzy nieszczęście i sukcesy zaczął odnosić Wojciech Fibak. Wtedy zaczął się szał kibicowania kolejnej dyscyplinie sportu, zwłaszcza, że można się było fascynować nie tylko wspaniała grą Pana Wojciecha, ale i wspaniałymi komentarzami Pana Bohdana Tomaszewskiego. Znam nawet takich, którzy od samego tenisa woleli jego komentarze.

Jako że dobra rakieta tenisowa kosztowała wówczas półroczne zarobki, fascynacja tenisem sprowadzała się do jego oglądania. Dziś część ówczesnych młokosów zdyskontowała przemiany kapitalistyczne, co przejawia się stanem posiadania (i nawet używania od czasu do czasu) rakiet tenisowych. Niektórzy wymieniają je nawet częściej niż używają. Ich życie towarzyskie przeniosło się spod trzepaka na salony, ale zapał do kibicowania i komentowania pozostał.

Oczywiście każdy z młodych tenisistów wychodzących na kort marzy o wspaniałej karierze i wielkoszlemowych triumfach. No może prawie każdy… Bo jak się ma nogi jak Kurnikowa, to nie powinno się nawet zbyt mocno ściskać rakiety, żeby sobie odcisków na dłoniach nie porobić. Mogą się przydać do czegoś innego, a turnieje tenisowe można potraktować jako świetny sposób na pokazanie tychże nóg. Ale jak się ma nogi jak…. (tutaj może bez nazwisk) trzeba więcej po korcie biegać, żeby wejść do panteonu tenisowej sławy i ją odpowiednio, także finansowo, zdyskontować. I tu właśnie pojawia się związek między tenisem i płaceniem podatków. A ściślej mówiąc niepłaceniem podatków. Jak się już bowiem odpowiednio dużo na korcie i poza nim zarobiło, to trzeba pomyśleć o tak zwanej „optymalizacji podatkowej”. Nie bez powodu gdyby o grze w Pucharze Davisa decydowało nie obywatelstwo, ale miejsce rezydencji podatkowej poza wszelką konkurencją byłoby Monako, gdzie, jak powszechnie wiadomo, nie ma najlepszych szkół tenisowych, ale za to są najniższe podatki. Młodzi adepci sztuki tenisowej uczą się na doświadczeniach mistrzów nie tylko z kortów tenisowych, ale i z urzędów skarbowych. Dawno już temu mieliśmy lepszych tenisistów i komentatorów niż doradców podatkowych. Na początku XXI wieku było odwrotnie. Ale życzyłem uczestnikom Tomaszewski CUP: „Grajcie jak najlepiej… Zarabiajcie jak najwięcej… A z podatkami damy sobie radę”.

Gdy Agnieszka Radwańska zaczęła odnosić tenisowe sukcesy miałem zamiar przypomnieć ten felieton jak wygra jakiś turniej wielkoszlemowy. Bo to ona wygrała w 2004 roku turniej Tomaszewskiego. Ale nie było okazji. Dziś okazja jest za sprawą Igi Świątek, bo już pojawiły się informacje ile zarobiła i komentarze ile powinna z tego oddać. Są tacy, którzy chcieliby obłożyć dochody powyżej 500 tys. zł podatkiem w wysokości 75%. Bo tak proponuje Piketty. O Radwańskiej pisali, że „pocztowcy”, czy „pielęgniarki” ciężko pracują, wiec zyski z „machania paletką” można zabrać. „I tak jej dość zostanie”. „Najwyżej Ferrari nowego sobie nie kupi”. Zawiść to silna strona ludzkiego charakteru – dlatego do niej właśnie odwołują się zwolennicy wysokich podatków, którzy mają nadzieję na odpowiednio wysoki procent za pośrednictwo w zabieraniu bogatym i rozdawaniu biednym. Ale istnieje granica bólu podatnika. I istnieje Monako, które pozwala ten ból uśmierzyć.