Manifest dla Morawieckiego
Cezary Kaźmierczak 22.02.2016

Potrzebny przełom, nie łaty

W Polsce niemal od dwóch dekad stale i systematycznie pogarszają się warunki prowadzenia działalności gospodarczej i dotyczy to prawie wszystkich. Polski żywioł gospodarczy (99,8% firm, 67% PKB, ¾ zatrudnionych) jest systematycznie duszony przez kolejne rządy. Najmniejsze firmy do 9 zatrudnionych osób (95% firm) nadmiernymi i bardzo skomplikowanymi podatkami i prawami, duże polskie firmy (0,2% firm, około 3 tysiące firm) brakiem jakiegokolwiek wsparcia i ochrony ze strony rządu – w sytuacji gdy ich zagraniczna konkurencja takowe wsparcie i ochronę posiada oraz popieraniem zagranicznych firm poprzez dotacje i ulgi.

W tym wszystkim trudno odgadnąć jakakolwiek strategię rozwoju Polski w ostatnich 15 latach. Bo o ile rządy – najdalej jak do 2000 roku – prowadziły politykę transformacyjną wyjścia z komunizmu poprzez sprzedaż sektorów skoncentrowanych – najbardziej bezpiecznemu z realnie istniejących – kapitałowi zachodniemu i sektorów rozproszonych własnym obywatelom, co było słuszne – tak zresztą postąpiła cała Europa Środkowa – to potem, co Artysta rządowy miał na myśli, już kompletnie nie wiadomo.

Ostatnio zaczęto opowiadać o „końcu historii” (ciepła woda w kranie), bajki pt. „kapitał nie ma narodowości”, a nade wszystko pisano raporty i opracowania, z których nic nie wynikało. Nie chcę nikogo kopać, ale te niektóre produkcje miały charakter kabaretowy – całkowicie oderwane od jakichkolwiek realiów bajkopisarstwo, opisujące nie to co realnie istnieje, tylko to, co autor chciałby, żeby istniało. Im bardziej poprzednia elita rządząca przekonywała społeczeństwo, że „historia się skończyła”, tym bardziej w różnych środowiskach narastało przekonanie, że dotychczasowy model rozwoju się wyczerpał i potrzebny jest nowy.

Na tę potrzebę odpowiedział PiS – najpierw w kampanii wyborczej, teraz Planem Morawieckiego, w przyszłości – mam nadzieję – konkretnymi i realnymi działaniami. Plan Morawieckiego składa się z 5 filarów, które z pewnością będą setki razy omawiane, krytykowane i poprawiane – w tym moim zdaniem najważniejszego z nich: rozwoju innowacyjnych firm. Najważniejszy w zakresie dwóch pierwszych komponentów: nowej „Konstytucji biznesu” oraz przyjaznego otoczenia prawnego. 

Kolejne wydają mi się drugorzędne i mające mało istotny wpływ na powodzenie planu. Bowiem reformę instytutów naukowo-badawczych uda się zrobić lub się nie uda, podobnie jak z programem „Start-up Poland”. Innowacyjnych start-upów nie da się zadekretować, a geniusz – jak wiadomo – nie jest zjawiskiem powszechnie występującym. W zasadzie wszyscy, którzy robią w start-upach mówią jedno i w kółko to samo: jest mało dobrych projektów. Nie wiem, może rząd ma lepszy wzrok.

Osobiście jestem przekonany, że o powodzeniu bądź niepowodzeniu Planu Morawieckiego i realizacji wyznaczonych i opisanych liczbami celów zdecydują nie żadne start-upy czy czempiony (to może być atrakcyjny dodatek), tylko polski żywioł gospodarczy, polskie mrowisko biznesowe, polska przedsiębiorcza twórczość i twórcza destrukcja. A te 1,7 mln firm, które dają pracę ¾ Polaków, czekają na „Konstytucję” i „Przyjazne otoczenie prawne”. To jest gleba, z której mogą wyrosnąć polscy innowatorzy i bokserzy wagi ciężkiej. Wyrosnąć – ich się nie da tam posadzić, jak by chcieli politycy. Im można stworzyć tylko dobre warunki, żeby mogli rosnąć.

Nie chcę się znęcać nad ojczyzną naszą i jej rządami, którzy doprowadziły do takiej, a nie innej sytuacji, i przytaczać wyników różnych rankingów z zakresu otoczenia prawno-instytucjonalnego, biurokracji czy systemu podatkowego. Jest źle i jest to wiedza powszechna. Nie są to nasze opinie i uprzedzenia tylko zgodna ocena instytucji międzynarodowych: OECD, Heritage Fundation czy Banku Światowego. Wiedza, z którą nikt od lat prawie nic nie robi. Miejmy nadzieję, że może Morawiecki zrobi.

Przedsiębiorcy oczekują zmiany jakościowej. Polubią zmiany drobne i cząstkowe, ale pokochają wyłącznie jakościowe. Innymi słowy – wicepremier Morawiecki ma do wyboru, żeby przedsiębiorcy go lubili jak Balcerowicza, bądź kochali jak Wilczka. Jeśli chce tego drugiego i nie być jednym z kilkudziesięciu wicepremierów, tylko właśnie takim Wilczkiem musi postawić na realną gospodarkę, przełamać wielowymiarową dyskryminację i dokonać zmiany jakościowej. To wezwanie do wielkości jest.

DYSKRYMINACJA REALNEJ GOSPODARKI

Czy ktoś jest w stanie sobie wyobrazić, że jeszcze wcale nie tak dawno temu Narodowy Bank Polski urządzał akcje edukacyjne w zakresie przedsiębiorczości, które polegały na tym, żeby uczyć dzieciaki podatki liczyć bądź się zajmować spekulacją na giełdzie papierów wartościowych? To według włodarzy gospodarczych była przedsiębiorczość. Teraz, jak połowę tej „gospodarki” nagle wyparowało, a co gorsza w związku z tym nic się nie stało, krowy dalej dają mleko, a kamienie nie wołają – przycichli trochę, ale mam wrażenie, że na chwilę. Polakom od 20 lat wmawia się, że ich zajęcia, które znaczna część kocha – jak np. prowadzenie kwiaciarni, restauracji, strzyżenie czy robienie pączków – to chamstwo, białe skarpetki w kubotach, nieinnowacyjne zawracanie głowy. Znaczna część ekonomistów każdego murarza najchętniej wysłałaby do banku po milion dolarów kredytu i na giełdę. Czasem mam wrażenie, że politycy nie mają elementarnej wiedzy o strukturze polskiej (i zachodniej zresztą też) gospodarki. Wszelkie fundusze w nowych perspektywach finansowych są na ogół przeznaczane na „innowacyjne” projekty, co trochę już przypomina szaleństwo scholaryzacyjne: sami magistrzy dookoła, posprzątać nie ma komu. Wcześniej rzekomo gospodarką były rynki finansowe, a po ich kompromitacji kreowany jest nowy bożek – przemysł innowacyjny, który zresztą skończy tak samo. Nie mam rady dla Mateusza Morawieckiego, jak uniknąć pompowania pieniędzy podatnika w jakieś kolejne lotnisko w Radomiu czy „innowacyjny” projekt serwisu internetowego z horoskopem dla psów – ale jest to realne zagrożenie.

Nie jestem wrogiem innowacji – uważam tylko, że nie da się ich zadekretować. Mogę też sparafrazować Miltona Friedmana: „Stwórzcie dobre warunki dla wszystkich firm, to te innowacyjne same powstaną i z nich skorzystają”. I na Boga – przestańcie wmawiać fryzjerom, że mają być innowacyjni, bo jak nie będą, to będą nikim, a wy z brzydkimi włosami będziecie chodzić. Jest nam potrzebna gospodarka zróżnicowana – ale przede wszystkim realna. Jaka to wartość, wskazuje los Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych, której jak odłączono kroplówkę pieniędzy podatnika (OFE), ledwo zipie. A fryzjerzy mają się dobrze.

DYSKRYMINACJA POLSKICH FIRM

Dyskryminacja polskich firm w Polsce brzmi jak absurd. A jednak! Jeszcze osiem lat temu 100 proc. przydrożnej gastronomii było w polskich rękach. Dzisiaj przy autostradach i drogach szybkiego ruchu nie ma chyba ani jednej polskiej restauracji. W Warszawie na ulicy odchodzącej od placu Trzech Krzyży (ścisłe centrum!) straszy ciąg opuszczonych sklepików – witryny widmo. Na wielu ulicach królują banki i szmateksy. Ludzie przestają chodzić po ulicach. Warszawa zafundowała sobie po dwa centra handlowe w każdej dzielnicy i pracuje nad kolejnymi. Postęp i nowoczesność.

W średniej wielkości mieście otwiera się hipermarket z poparciem i za przyzwoleniem miejscowych władz. Proponuje współpracę miejscowej piekarni. Warunki interesujące – gigantyczne zamówienie, bardzo złej jakości pieczywo po 99 gr za bochenek. „Ale żebyśmy z sobą nie konkurowali, w umowie musimy zapisać, że nie będziecie tego sprzedawać taniej niż za 1,49 zł” – mówi racjonalnie pan Hipermarket. Hipermarket rusza, a piekarz przeciera oczy ze zdumienia, bo całe miasto zalały billboardy, że hipermarket oferuje pieczywo po 99 gr. Jednocześnie zaczyna budowę własnej piekarni… Można zwijać interes…

Do Polski wchodzi firma Uber, której kierowcy jeżdżą sobie bez działalności gospodarczej, licencji, płacenia ZUS, w ogóle bez niczego sobie jeżdżą. Polski taksówkarz musi płacić ZUS, podatki, inne daniny. Kierowcy Ubera nie muszą. Państwo polskie nie reaguje! (Teraz podobno Uber ma zacząć łaskawie przestrzegać polskiego prawa. Niebywała wprost bezczelność! Łaskawie postanowili przestrzegać prawa, jak zdobyli znaczną część rynku i wyeliminowali z niego wielu konkurentów!!! Potęga Rzeczypospolitej się przygląda). Rząd Polski masowo dofinansowuje centra badań rozwojowych koncernom, które nie płacą w Polsce CIT. Po kilkadziesiąt tysięcy euro na jedno miejsce pracy! Sektor MSP tworzy takie miejsca po kilka tysięcy euro. Nawet teraz – podpisano umowy wynegocjowane przez poprzedni rząd – na 26 firm, które dostały pomoc publiczną, aż 21 pochodziło z zagranicy. Głównie na centra outsourcingowe. Razem 200 mln zł. Polscy przedsiębiorcy, którzy weszli w spór z zachodnimi firmami, mówią, że czują, że w sądach na starcie są na straconej pozycji, bo większość sędziów uważa, że na pewno chcieli oszukać. Koncern międzynarodowy przecież nie oszukuje, tylko polski prywaciarz kombinator. Czy są gdzieś granice tego szaleństwa?

DYSKRYMINACJA MAŁYCH FIRM

Państwo jak oszalałe produkuje tysiące stron przepisów, jakby w kraju było 1,7 mln Orlenów – nikt już nad tym nie panuje. Pisze się jedno prawo dla firmy zatrudniającej 20 tys. osób, 200 osób, 20 osób i dwie osoby. Firma zatrudniająca dwie osoby musi ściśle przestrzegać Kodeksu pracy i nie może stosować elastycznego czasu pracy, gdy zachoruje jej 50 proc. załogi. Krawcowa z miasteczka nad Bugiem, która na poprawkach krawieckich zarabia 1000 zł, ma płacić 1150 zł ZUS. Rolnik, który chciałby ze swojego rzepaku wytłoczyć paliwo do swojego ciągnika, żeby to zrobić legalnie, musi otworzyć skład celny i zatrudnić na etat celnika. Sanepid żąda od serowara pasjonata, który w swoim gospodarstwie agroturystycznym sprzedaje jednego rodzaju ser za 1500 zł rocznie – 2500 zł za jego przebadanie rocznie. I tak dalej, i tak dalej. Czy jest gdzieś granica tego szaleństwa? Ja nie wiem, czy to tak trudno zrozumieć, że producent mioteł, który zatrudnia sześć osób, nie ma czasu na czytanie przez cztery godziny dziennie nowych przepisów i przez kolejne cztery godziny wypisywanie papierów. Małe firmy (raz jeszcze: 95 proc. firm w Polsce) nie mogą podlegać tym samym przepisom, co średnie i duże. Zresztą nie podlegają – jeszcze dziesięć lat temu drobne usługi były w szarej strefie na wsiach i w małych miastach. Dzisiaj są wszędzie – z relatywnie bogatą Warszawą na czele. Gdy ostatnio poprosiłem o fakturę za drobną usługę, to miałem wrażenie, że człowiek nie wie, o czym mówię, a potem skomentował: „Oj tam, panie, na naszym terenie VAT się nie przyjął!”.

OCZEKIWANIA BIZNESU

Sukces planu Morawieckiego zależy od ogólnej kondycji gospodarki. Dla dobrej kondycji tej gospodarki nie wystarczą start- -upy i czempiony. To wisienki na torcie. Bez nich się obejdzie – bez tortu nie. Same wisienki nie wystarczą. Dobrą kondycję polskiej gospodarce jest w stanie zapewnić polski żywioł gospodarczy – on i tylko on. I z tej gleby mogą wyrosnąć światowi innowatorzy czy wielkie firmy. Nie odwrotnie. Mogą być ozdobą – ale fundamentem nie będą z oczywistych względów: wszyscy nie mogą być bogaci, piękni i młodzi. A oczekiwania polskich przedsiębiorców są takie same od lat: proste i stałe prawo, proste podatki, sprawne i przyjazne państwo. Mam nadzieję, że ekipa premiera Morawieckiego to rozumie.

O nową konstytucję prowadzenia działalności się nie martwię – jest dobra, przygotowana jeszcze w poprzedniej kadencji, której Platforma – czego jej nie daruję – nie była w stanie przegłosować, bo miała „ważniejsze” sprawy na głowie. Martwi mnie, że w ramach „Polski resortowej” ludzie Morawieckiego nie mają dostępu do podatków, bo bagno jest to niesłychane i najwyższy czas je osuszyć. Sądy, prawo gospodarcze i prawo podatkowe – to fundamentalne rzeczy, od których zależy bogactwo narodów. Mam nadzieję, że Mateusz Morawiecki jest człowiekiem ambitnym i zechce po sobie zostawić zmianę jakościową – a nie tylko wiele drobnych zmian, potrzebnych, ale nietworzących istotnej różnicy. Polscy przedsiębiorcy oczekują nowych szat, a nie kolejnych łat! (muszę jednak rozważyć na poważnie karierę poety 🙂

Felieton ukazał się we WPROST