Menu wielkiej polityki
Jerzy Marek Nowakowski 28.07.2020

Do wojny można przywyknąć. Zwłaszcza jeśli toczy się daleko od naszych granic. A jeżeli jeszcze toczy się ona niespiesznie, z ograniczoną intensywnością, nie daje okazji do efektownych obrazków telewizyjnych pomordowanych cywili (najlepiej dzieci) to w ogóle o niej zapominamy. Modelowym przykładem wojny do której wszyscy przywykli i wręcz za wojnę jej nie uważają jest konflikt pomiędzy Armenią i Azerbejdżanem. Konflikt z pozoru dotyczący przyszłości Górskiego Karabachu, maleńkiej enklawy na południowych rubieżach Kaukazu. Politycy i dyplomaci spotykając się z przedstawicielami Baku i Erywania nie kryją rozczarowania, że rozmówcy nieustannie wracają do kwestii tego konfliktu. O co chodzi? – myślą sobie, kiedy kolejny raz słyszą o obszarze wielkości sporego powiatu, zamieszkałym przez sto kilkadziesiąt tysięcy ludzi, pozbawionym istotniejszych bogactw naturalnych i nieistotnym z punktu widzenia możliwości komunikacyjnych zarówno w skali międzynarodowej jak regionalnej.

 

Zarówno dla Armenii jak i Azerbejdżanu koszty konfliktu dziesiątki razy przerosły materialną wartość Karabachu. A przecież od blisko 30 lat codzienne serwisy agencyjne w obu krajach nieodmiennie zawierają frazę „Azerbejdżan (Armenia) naruszył wczoraj 40 razy (70 razy etc.) zawieszenie broni”. Co kilka dni pojawiają się informację, że zginął żołnierz po którejś ze stron. Co parę miesięcy pojawia się wiadomość, że „przeciwnik” użył „ciężkiej broni” na co „otrzymał adekwatną odpowiedź”. Co parę lat dochodzi do kilkudniowych regularnych starć zbrojnych.

Od czasu zawarcia formalnego zawieszenia broni 26 lat temu ilość ofiar po obu stronach liczy się w tysiącach, ale – jakby to cynicznie nie zabrzmiało – jeszcze ważniejsze są konsekwencje polityczne i psychologiczne. Sienkiewiczowska formuła, że „nienawiść wrosła w serca…” znakomicie opisuje relacje pomiędzy Armenią a Azerbejdżanem. Słynna sprawa zabójstwa ormiańskiego oficera przez jego odpowiednika z Azerbejdżanu podczas szkolenia NATO na Węgrzech jest wyjątkowo jaskrawym przykładem. Ale na konferencjach międzynarodowych organizatorzy muszą pamiętać, żeby rozsadzać uczestników z tych państw bo posadzeni obok siebie mogą poczuć się dotknięci, wstać i wyjść. Studenci i stypendyści z obu krajów zawsze pamiętają o zaatakowaniu tego drugiego. Dobrze jeśli tylko werbalnie. I tak dalej. Na ulicach Baku i Erywania łatwo zauważyć nalepki na szybach samochodowych. Przedstawiają wizerunek chłopczyka siusiającego na flagę wrogiego kraju. A przecież jeszcze pół wieku temu największą mniejszością narodową w Armenii byli Azerowie a w Azerbejdżanie Ormianie. Wprawdzie obie nacje nigdy się nie lubiły, ale żyły obok siebie, całkiem sporo było mieszanych małżeństw i tak dalej.

Lata konfliktu sprawiły, że wyrosło pokolenie, które nie zna się wzajemnie, ma natomiast głęboko wdrukowany obraz wroga. Starcia demonstrantów od Los Angeles po Moskwę (także w Warszawie) są dowodem na dramatyczną niechęć Azersko-Ormiańską. Niechęć, której trudno się dziwić. Miałem okazję parę razy odwiedzać szkoły na pograniczu. Dzieciaki uczące się w budynkach postrzelanych pociskami są naznaczone syndromem dzieci wojny. A w korytarzu każdej szkoły – obowiązkowo, wisi fotografia jej absolwenta, który zginął z rąk przeciwnika.

Warto pamiętać, że wzdłuż niektórych dróg mamy usypane ziemne wały, które mają chronić podróżnych przed ostrzałem wrogich snajperów. A najważniejsza z gospodarczego punktu widzenia droga Armenii, prowadząca z Erywania do Gruzji, jedyna porządna droga łącząca Armenię ze światem, bywa regularnie ostrzeliwana przez snajperów. Ten niebezpieczny odcinek mieści się właśnie w prowincji Tawusz, tej w której doszło do starć zbrojnych przed dwoma tygodniami. Wiele ambasad zakazuje swoim pracownikom podróżowania tą drogą. Tyle tylko, że trasy alternatywne wymagają dobrej terenówki i survivalowego doświadczenia od kierowcy.

No dobrze, ale o tych problemach teoretycznie wiemy od dawna. Tymczasem mamy kolejną eskalację konfliktu. I to poza obszarem Karabachu, w bezpośrednim sąsiedztwie granicy Gruzji i ormiańskiej drogi życia. I co prawda, na razie ostre walki (a użyto dronów bojowych, czołgów i artylerii) ustały, ale nie zmniejszyło się napięcie. Wypada przy tym przypomnieć, że oba kraje nie są aż tak bardzo niepodległe, by zaczynać wojnę bez przyzwolenia swoich głównych sojuszników. Dla Armenii jest to przede wszystkim Rosja a dla Azerbejdżanu Turcji i po części też – tak, tak – Rosja. Dodatkowo w regionie bardzo mocno zaangażowane są Stany Zjednoczone i Chiny.

Skąd Chiny? Ano właśnie do napisania tego tekstu skłoniła mnie lektura chińskiego opracowania. Autor wicedyrektor Instytutu Azji Środkowej uważa, że konflikt został wywołany przez Turcję za zgodą USA, bo celem Turcji jest zbudowanie „Turańskiego korytarza” prowadzącego od Morza Śródziemnego do chińskiego Sinkiangu zamieszkałego przez Ujgurów (naród tureckiego pochodzenia). A jedyną przeszkodą na drodze do zbudowania takiego pasa jest Armenia.

Oczywiście Ormianie z chęcią cytują takie analizy. Ale analizując ostatni konflikt można przypuszczać, że bombę zdetonowali raczej Azerowie i raczej z poduszczenia Ankary. To dwukrotne „raczej” jest koniecznym zastrzeżeniem, gdyż na starciach zyskali właściwie wszyscy. Władze Armenii i Azerbejdżanu borykają się z dramatycznym kryzysem zdrowotnym. Ilość zakażeń koronawirusem rośnie w oby krajach dramatycznie, i równie dramatyczna jest zapaść gospodarcza. Mała wojenka na granicach wzmacnia zarówno prezydenta Alijewa (który dokonuje systematycznej czystki w elicie władzy wprowadzając na najwyższe stanowiska przedstawicieli klanu związanego z pierwszą wiceprezydent kraju – prywatnie żoną prezydenta), jak zderzającego się z irytacją obywateli premiera Paszyniana.

Mała wojenka jest bardzo na rękę Turcji, która prowadzi coraz bardziej asertywną politykę: konflikt z Francją u wybrzeży Libii, sytuacja na pograniczu wojny z Grecją i Cyprem z powodu wydobycia gazu i ropy u wybrzeża Cypru, interwencja wojskowa w Syrii, Libii i Iraku, spór z Rosją o zakup i tranzyt gazu (Turcy aktywnie wspierają dystrybucję gazy Azerskiego), napięte relacje z Egiptem i Saudami. Do tego Turcja zbudowała swoje bazy wojskowe w Katarze i Sudanie, a teraz prowadzi wspólnie z Azerbejdżanem wielkie ćwiczenia wojskowe w enklawie nachiczewańskiej. Skłonny jestem przypuszczać, że sprzęt i żołnierze tureccy zostaną tam na dłużej.

Polityka turecka, która oficjalnie powróciła do modelu imperialnego, czego symbolem jest przywrócenie statusu meczetu świątyni Hagia Sophia, na Południowym Kaukazie i rywalizuje i współpracuje z Rosją. Ale wobec ilości otwartych prze Turcję frontów, być może przypuszczenia Chińczyków, że Ankara działa w Azji Środkowej w porozumieniu z Amerykanami, nie jest takie bezsensowne.

Ograniczony konflikt pomiędzy Armenią i Azerbejdżanem jest także na rękę Rosji. W końcu Moskwa od dziesięcioleci rozgrywa spór o Górski Karabach używając go do trzymania na krótkiej smyczy wszystkich narodów Kaukazu Południowego. Bo Gruzji, która formalnie nie jest zaangażowana w spór ormiańsko-azerski, Rosjanie od czasu do czasu przypominają, że w razie czego będą „zmuszeni” do przemarszu przez terytorium Gruzji by „zaprowadzić pokój” w Karabachu. Zaś doświadczenie narodów Kaukazu jest dziwnie podobne do polskiego: armia rosyjska jak już gdzieś wejdzie, to bardzo niechętnie stamtąd wychodzi.

Na dodatek Rosjanie muszą teraz coś zrobić z Krymem. Na zaanektowanym półwyspie panuje katastrofalna susza. Wody brakuje nawet w bazach wojskowych. I Moskwa coraz brutalniej sugeruje, że o ile Ukraina nie dostarczy Krymowi wody, to Rosjanie będą „zmuszeni” zdobyć lądowe połączenie półwyspu z Donbasem. To, że takie groźby stanowią potwierdzenie, iż Donbas nie jest opanowany przez jakichś „powstańców” tylko po prostu okupowany, jakoś Rosjan nie martwi. Ale zaostrzenie konfliktu na Południowym Kaukazie stanowi dla Moskwy doskonały pretekst dla kolejnych przesunięć wojsk, kolejnych manewrów. No i pogłębia zmęczenie zachodniej opinii publicznej konfliktami w regionie. A w końcu o to chodzi, by politycy w Waszyngtonie, Paryżu, Londynie i Brukseli machnęli ręką i uznali, że angażowanie się w ten cały bałagan nie ma sensu.

Ograniczona wojna pomiędzy Armenią i Azerbejdżanem jest jak widać w interesie wszystkich zainteresowanych stron. Ale z wojnami jest pewien kłopot. Zaczynają się rządzić logiką emocji i przypadku. Po starciach zbrojnych, które przyniosły – chyba, bo mamy bardzo sprzeczne komunikaty – kilkanaście śmiertelnych ofiar do gry weszli politycy. Pani Alijewa, wezwała Azerów na całym świecie by zwalczali Ormian gdzie tylko się da. Podobne wezwania płyną ze strony liderów ormiańskich (mieliśmy niedawno demonstrację pod ambasadą Azerbejdżanu w Warszawie). Azerowie zapowiadają, że mogą zbombardować elektrownię atomową w Metsamorze, położoną tuż koło stolicy Armenii. Z Erywania z kolei padła groźba zniszczenia tamy na rzece Kura, tworzącej zbiornik Mingeczaurski, największy na Kaukazie i zaopatrujący w wodę połowę Azerbejdżanu.

Oczywiście polskie media zafascynowane tym co powiedział poseł do posła, jakie majtki nosi celebrytka na plaży i kto ma jaki zegarek zajmują się Kaukazem z rzadka i incydentalnie. Tymczasem ten region jest papierkiem lakmusowym światowej polityki. Obserwując rozgrywkę mocarstw prawdziwych i mocarstw aspirujących możemy odczytać ich intencje i długofalowe cele. A jednocześnie widząc, jak bardzo instrumentalnie są traktowane narody Kaukazu przez wielkich graczy światowej polityki powinniśmy sobie uświadomić, jak groźne jest dla państw małych i średnich uzależnienie od graczy wagi ciężkiej. Przeniesienie z listy gości do listy menu na bankiecie światowej polityki oznacza zawsze, że nieustannie obrywa się tłuczkiem.