Nocny Król i wybory
Jerzy Marek Nowakowski 08.05.2019

Telewizyjna „Gra o Tron” staje się niestety coraz nudniejsza. Co prawda pomału pozbywamy się przeróżnych nadprzyrodzonych bytów i powinno być coraz ciekawiej. Ale scenarzyści nie bardzo dorośli do tego by rywalizować z powieściową materią George RR Martina. Zupełnie inaczej rzecz wygląda w prawdziwej polityce międzynarodowej. A właściwie wyglądałaby, gdyby  kogokolwiek to w Polsce obchodziło.

 

Marek Budzisz zwracał niedawno uwagę na zmiany w doktrynie atomowej Rosji. Najkrócej mówiąc nasi sąsiedzi doszli do – najpewniej słusznego – wniosku, że wojna atomowa nie oznacza wcale apokalipsy i zagłady ludzkości a tylko znaczne straty i niebyt długą atomową zimę. Po doświadczeniu Czarnobyla uznali, że skażenie radioaktywne także nie jest aż tak groźne jak sądziliśmy. W rezultacie doktryna wojenna Rosji zakłada możliwość ograniczonego konfliktu z użyciem broni atomowej.

Dla nas nie jest to dobra wiadomość, bo ludzkość wprawdzie zapewne taka wojnę przetrwa, ale kraj frontowy (a takim jest Polska) niekoniecznie. Tyle, że kwestia zagrożeń wynikających ze zmian w stylu myślenia o bezpieczeństwie, nikogo – przynajmniej na poziomie debaty publicznej – w Polsce nie interesuje.

Podobnie rzecz ma się z Wenezuelą. Nieudolna próba przejęcia władzy w tym kraju przez opozycję na chwilę przyciągnęła uwagę mediów. Było, zniknęło. Mamy dowód, że socjalizm jest w stanie doprowadzić do tego, że w kraju o największych zasobach ropy naftowej na świecie zabrakło benzyny. I tyle. Co nas obchodzi Wenezuela? Jakoś nikt nie raczy zauważyć, że Rosja postanowiła handlować przyszłością reżimu Nikolasa Maduro. Prawdopodobnie w zamian za uznanie swojej szczególnej (czytaj mocarstwowej) roli na Ukrainie. Skądinąd John Bolton – doradca prezydenta Trumpa, powtarzając sformułowania z doktryny Monroe, uznającej Amerykę Południową za strefę wpływów USA zrobił nam niedźwiedzią przysługę. Skoro największe mocarstwo świata przywołuje zasadę stref wpływów, to tym samym uznaje, że inne mocarstwa także takie strefy posiadają. I dokładnie o to chodzi Rosjanom. Nie muszą i wcale nie chcą przyłączyć Donbasu do Rosji. Wystarczy, że Ukraina zostanie uznana za ich obszar wpływów, czy choćby „szczególnych interesów”. I zapewne tego oczekują od Mike’a Pompeo, który wybiera się do Soczi na spotkanie z ministrem Ławrowem. Jak rozmowy pójdą po myśli Rosjan to sekretarza stanu przyjmie również Władimir Putin…

No ale my mamy awanturę o Matkę Boską z tęczą. Co nas obchodzi jakaś Wenezuela.

W Estonii do władzy dochodzi dziwaczny (a może raczej normalny?) alians partii prorosyjskiej i lokalnych eurosceptyków. Nasze media to nawet zauważyły… bo Pani Prezydent przyszła na zaprzysiężenie rządu w dresie. No i jeden z ministrów jest oskarżony o przemoc domową. Ok. Po jednym dniu podał się do dymisji i jest po sprawie. Ileż w końcu można się ekscytować napisem na bluzie Kersti Kaljulaid. A fakt, że sukces partii eurosceptycznej w kraju położonym nieomal na przedmieściu Petersburga, będącym obszarem wyjątkowo brutalnej penetracji wywiadowczej i obiektem cyberataków, zakrawa na szaleństwo? No nie, przecież my się ekscytujemy Biedroniem.

W „Grze o Tron” irytowały mnie, przyznam, przeróżne smoki, zombie etc. To co w książce Martina i w pierwszych sezonach serialu było naprawdę ekscytujące, to odsłonięcie mechanizmów walki o władzę, splotu słabości, namiętności i intelektu. Ale i w prawdziwej narracji politycznej mamy swojego Nocnego Króla. To opowieść o zmianach klimatycznych. Jeżeli mają rację ci eksperci, którzy straszą. Iż zostało nam kilka lat, po których nie powstrzymamy już ocieplenia klimatu, to nie ma ważniejszej sprawy dla ludzkości. Niczym bohaterowie serialu powinniśmy skupić na tym wszystkie siły. Jest jednak pewne ale… Otóż rzeczeni specjaliści od pół wieku zapewniają, ze już, już zbliżamy się do czerwonej linii po której przekroczeniu ludzkość wyginie i zastąpią nas – być może – inteligentne karaluchy.

Byłbym ostrożny zarówno w lekceważeniu ostrzeżeń, ale też wobec uznania zmian klimatycznych za Nocnego Króla, który już podchodzi pod mury naszej twierdzy. Wiele wskazuje na to, że alarm znów okaże się przedwczesny. Podobnie jak w kwestii manipulacji genetycznych czy sztucznej inteligencji. Wizja świata z Matrixa to kolejna horda zombie wędrująca na nasze pogrążone w wewnętrznych waśniach królestwa. To oczywiście możliwe. Ale mam wrażenie, że przeceniając elektronikę, nie doceniamy naszych zdolności adaptacyjnych.

Zmiana sposobu patrzenia na broń atomową, o której pisałem wyżej, oznacza w gruncie rzeczy tyle, iż po kilkudziesięciu latach do bomby atomowej się przyzwyczailiśmy. Nieznane – czyli niewidoczne i śmiertelnie groźne promieniowanie – sprawiało, że się go bardzo baliśmy. Po Czarnobylu, po masowych próbach atomowych lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wiemy już, że tak łatwo ludzkość nie wyginie. Że broń A jest wprawdzie śmiertelnie groźna, ale najprawdopodobniej nie oznacza też stuprocentowej apokalipsy w razie użycia. Paradoksalnie może się to okazać niesłychanie niebezpieczne, bo łatwiej można zdecydować się na wciśnięcie czerwonego guzika.

Tak samo jest ze światem genów i megabitów. Zarówno technologia manipulacji genetycznych jak i komputery to w skali ludzkiej kwestie absolutnie nowe. Pokolenie pięćdziesięciolatków (i starsze) zetknęło się z tymi technologiami już w dorosłym życiu. A pierwsza w pełni „cyfrowa” generacja dopiero wchodzi w dorosłość.

Dowiadujemy się coraz więcej o tym, jak bardzo naszym wyglądem, zdrowiem czy zachowaniem sterują geny . I wpadamy w przerażenie. No bo się okazuje, ze bardzo niewiele zależy od naszej woli. Podobnie nieustanne zdziwienie, że komputer nie jest pudłem wypełnionym, krasnoludkami  wyposażonymi w liczydła, skłania do traktowania maszyny jak sprawniejszej wersji człowieka. Niebezpiecznie zrobi się wtedy, gdy przestaniemy się bać. Generacja bezstresowych konsumentów GMO i  równie pozbawionych obaw użytkowników wyrafinowanych programów AI może nam w pewnej chwili zafundować świat znany z technologicznych antyutopii.

Wracając ze świata Nocnego Króla do realiów warto pamiętać przy okazji wyborów, by wybierać realistów. Jeżeli ktoś nieustannie straszy: klimatem, komputerami i ożywionym tyranozaurem może nas skutecznie znieczulić na rzeczywiste zagrożenia w tych dziedzinach. Jeśli – z kolei – słyszymy, ze nie ma sprawy z klimatem, plastikiem czy AI bo liczy się tylko „coś tam +” to uwaga bo mamy do czynienia z idiota albo demagogiem. Generalnie ci wszyscy, którzy sądzą, że Europę i Świat można naprawić lekko, łatwo i przyjemnie po prostu kłamią. Armii „Nocnego Króla” pod murami jeszcze nie widać. Może nawet siedzi gdzieś głęboko na północy i nigdy się nie pojawi. Ale z obowiązku obserwowania świata naszego (Wenezuela, Estonia, Rosja)  i zewnętrznego (AI) żadne socjale polityków zwalniać nie mogą. Bo jedyna gwarancją spokoju jest czujny strażnik na wieży wypatrujący skąd nadejdzie inwazja. I spory zapas smoczego szkła (czyli zasobów od F-ów do Euro).