Oligarcha i wirus. Przypadek Armenii
Jerzy Marek Nowakowski 18.06.2020

Lubię Gagika Carukiana. Gość pomykał ulicami Erywania w – na przemian – czarnym lub białym Rollsie, otoczony kilkoma terenowymi Mercedesami z ochroną. Na tylnym siedzeniu limuzyny można było dostrzec zwalistą postać w dresiku i sweterku wyglądającym jak kupiony w secondhandzie w Suwałkach. Do tego kilka grubych złotych łańcuchów i banalny Rolex na przegubie.

 

Obrazek jak ze stereotypowego dowcipu o nowych ruskich. Ale bohater tej opowiastki był kiedyś światowej klasy zapaśnikiem a teraz prowadzi parę bardzo dochodowych biznesów, będąc jednym z najbogatszych Ormian. Co więcej pod powierzchownością kretyna kryje się gość bystry, nieźle rozumiejący mechanizmy biznesu i polityki.

Jest Carukian właścicielem najstarszej fabryki koniaków w Erywaniu produkującej bardzo przyzwoite brandy NOY (czyli Noe). Do tego produkuje wody mineralne i różne alkohole, w tym podrabiane ouzo, które sprzedaje do krajów arabskich, co kiedyś omal nie doprowadziło do konfliktu dyplomatycznego między Grecją a Armenią. W jego portfolio są także sklepy i bazary, salony samochodowe i parę innych biznesów. No i perła w koronie – kasyno.

Wjeżdżając do stolicy Armenii od strony jeziora Sewan mijamy w pewnej chwili po prawej stronie wielką złotą piramidę. Jest ona otoczona kilkunastoma rokokowymi budowlami. To kasyno, hotel i osiedle willi, należące do naszego ulubionego oligarchy. Niektóre z domków wynajmuje po wysoce atrakcyjnych cenach zagranicznym dyplomatom.

Dla uzupełnia portfolio biznesowego Gagik Carukian jest także właścicielem partii politycznej o nazwie „Kwitnąca Armenia”. Od zawsze stanowi ona tak zwaną konstruktywną opozycję. Najpierw wobec rządu Serża Sarkisjana i klanu karabachskiego, który rządził Armenią przez dwie dekady a potem wobec rewolucyjnej ekipy Nikola Paszyniana. Partia jest dość szczególna. Wystarczy powiedzieć, że z jednej strony ma umowy partnerskie z putinowską Jedną Rosją i Komunistyczną Partią Chin a z drugiej należy do międzynarodówki konserwatywnej w Europie będąc partnerem PiS i brytyjskich konserwatystów.

Podczas rewolucji 2018 roku, w decydującym momencie Carukian poparł rewolucjonistów. Przedstawiciele Kwitnącej Armenii weszli nawet do pierwszego rządu Paszyniana. Podówczas budziło to zdziwienie, gdyż nowy premier jest osobą pamiętliwą, a oligarcha kazał mu kiedyś spalić samochód w odwecie za krytyczny artykuł jaki Paszynian o nim jakieś 20 lat temu napisał. Niemniej Kwitnąca Armenia odniosła spory sukces w wyborach, jest drugą siłą w parlamencie. Kiedy jednak Carukian ostro skrytykował rząd jakieś dwa tygodnie temu i zażądał dymisji premiera, pamięć Paszyniana się odblokowała. Służby specjalne wjechały do willi oligarchy (zręcznie omijając witający gości wybieg dla lwów) zrobiły rewizję a następnie zabrały gospodarza na ośmiogodzinne przesłuchanie. Następnego dnia rządząca większość sprawnie, niczym w polskim Sejmie, przegłosowała pozbawienie Carukiana immunitetu i wydała zgodę na jego aresztowanie. Przy okazji rewizje i przesłuchania zafundowano kilkorgu z czołowych polityków Kwitnącej Armenii.

Wedle oficjalnych informacji Carukian jest oskarżony o kupowanie głosów podczas wyborów w 2017 r. Pewnie nie bez podstaw, tyle tylko, że w tych wyborach głosy kupowali wszyscy z partią obecnego premiera włącznie. Oczywiście powtarzam plotki, krążące wówczas po Erywaniu, bo nikogo za rękę nie złapałem, a byłem jednym z obserwatorów tych wyborów. Ale plotka głosiła, że Carukian chciał płacić za głosy najwięcej (koło 30 dolarów za sztukę) i został przywołany do porządku przez ówczesnego prezydenta, że mianowicie psuje rynek bo oficjalna stawka ustalona przez rządzących wynosi 10-20 dolarów. A partia Paszyniana nosząca wówczas dumną nazwę „Jełk” czyli Wyjście (chodziło o wyjście ze struktur wymyślonej przez Moskwę Unii Euroazjatyckiej ) jako biedna i aspirująca płaciła ledwie po 6 dolarów.

Mówiąc serio – o przekupstwa wyborcze podejrzewano wówczas wszystkich. A w wypadku Carukiana dodatkiem do jego działalności była wyborcza kiełbasa w postaci licznych aktywności o charakterze charytatywnym. Te ostatnie podejmował chętnie i często, co sprawiło, że był i jest politykiem popularnym i lubianym przez prostych ludzi. Mimo szalejącej w Armenii epidemii ponad 2 tys. osób przyszło pod dom oligarchy zaraz po tym jak zabrano go na przesłuchanie, by zademonstrować poparcie dla niego.

Powtórzę, lubię Carukiana, bo jest inteligentnym rozmówcą i interesującym beneficjentem patologii występujących w życiu publicznym i gospodarczym świata postsowieckiego. W jakiejś mierze przypomina Aleksandra Łukaszenkę (z którym się przyjaźni), doskonale rozumiejąc i użytkując kody komunikacyjne człowieka postsowieckiego.

Aresztowanie Carukiana, a wcześniej byłego prezydenta Roberta Koczriana, oskarżenia wobec Serża Sarkisjana i generałów będących bohaterami wojny o Górski Karabach są elementem niesłychanie ryzykownej podjętej przez obecnego premiera Armenii.

Nieustanne konflikty i uzależnienie od wielkiego sąsiada z północy powodują degenerację systemów politycznych na całym Południowym Kaukazie. W państwach zagrożonych z zewnątrz nawet najbardziej demokratyczna władza ma pokusę wyradzania się w dyktaturę. Dwa klasyczne przykłady to Gruzja w czasach Michaela Saakaszwilego i współczesna Armenia. Obaj liderzy doszli do władzy na fali ludowej rewolucji. Obaj cieszyli się sympatią świata zachodniego. Obaj podjęli na początku swojej władzy reformy mające przeciąć a przynajmniej ukrócić systemową korupcję. Gruzja Saakaszwilego znalazła się o krok od członkostwa w NATO. Ale po kilku latach mit demokratycznego „Miszy” zaczął się chwiać. Coraz częściej w walce z przeciwnikami politycznymi sięgał po argument siły. Próbował paraliżować niezależne media. I w końcu został odsunięty od władzy przez oligarchę robiącego od lat interesy z Rosjanami. A wcześniej uwikłał się w konflikt zbrojny, który doprowadził do zajęcia sporej części Gruzji przez wspieranych przez Rosję separatystów.

Nikol Paszynian doszedł do pod hasłami zbliżenia z Zachodem. Tymczasem w ciągu pierwszych miesięcy swoich rządów nieustannie spotykał się z Putinem i Miedwiediewem, a polityka Armenii była jeszcze bardziej uległa wobec Moskwy niż poprzedników. Nie miał wyjścia, bo Armenia jest całkowicie uzależniona od Rosji, tak w dziedzinie bezpieczeństwa jak gospodarczo. A na Kremlu Paszynianowi się nie ufa i nie ufało za grosz. Musiał więc nieustannie udowadniać, że jest dla Putina wiarygodnym sojusznikiem. Ale z punktu widzenia Rosji wciąż był groźny, bo cieszył się ogromnym poparciem społecznym.

Wygląda jednak na to, że niedobry gen Kaukazu dotknął także Armenii. Premier Paszynian zaczął od rozprawy ze swoimi poprzednikami. Były prezydent Robert Koczarian wylądował w więzieniu. Opinia publiczna odebrała to jednoznacznie jako osobistą zemstę Paszyniana, którego w 2008 roku Koczarian wsadził na kilka lat za kraty pod zarzutem organizowania antyrządowych demonstracji. A jednocześnie, ponieważ uderzono w grupę weteranów wojny o Karabach, rewolucyjne władze postawiły znak zapytania przy micie założycielskim współczesnej Armenii. Bardzo ryzykowna gra.

Teraz Paszynian poszedł na całość. Dokonał czystki w służbach specjalnych, policji i sądach. Pod parasolem stanu wyjątkowego wprowadzonego w związku z epidemią koronawirusa uderzył w Carukiana i ostatnie siły opozycyjne obecne w parlamencie.

Tylko, że epidemia nie jest w Armenii wygodną zasłoną dymną dla politycznych wojen. Zaczyna być tragedią. Brakuje respiratorów, łóżek w szpitalach. A jednocześnie władza wyzbyła się już autorytetu pozwalającego jej na namówienie obywateli do poddania się ograniczeniom. W opinii ogromnej części Ormian rząd obsadzony przez młodych aktywistów nie radzi sobie ani z kolapsem gospodarczym, ani z epidemią. O ile nie wydarzy się nic nadzwyczajnego może okazać się, że Paszynian podzieli los Saakaszwilego. A byłoby szkoda, gdyż atmosfera ormiańskiej rewolucji bardzo przypominała czasy pierwszej Solidarności. Teraz entuzjazm się zużył. I jak zwykle wygrywają na tej sytuacji Rosjanie.