Piramidy dobrej zmiany
Jerzy Marek Nowakowski 04.06.2020

No to mamy szansę na najgłębszy rów przeciwczołgowy nowoczesnej Europy. Tak najkrócej można podsumować wyprawę Prezydenta i Premiera do Krynicy Morskiej, by świętować postęp prac przy budowie przekopu Mierzei Wiślanej.

 

Cała wycieczka dowodzi niestety dramatycznej miałkości polskiej polityki. Ponieważ rządzący zamówili sondaż, w którym spora większość obywateli wypowiedziała się za jakąś formą robót publicznych czy państwowych inwestycji jako dobrą receptą na postkoronawirusowy kryzys, to nagle liderzy udali się z wycieczką na Mierzeję. Najchętniej oczywiście pojechaliby na lotnisko w Baranowie. Tyle, że tam chłopi mogli ich pogonić widłami ze swojego pola, bo Centralny Port Lotniczy istnieje wyłącznie w Power Poincie.

Pewnie wszyscy uczuliśmy się na studiach o tym, że zarówno amerykański „New Deal”, jak Włochy Mussoliniego czy Niemcy Hitlera swoje sukcesu w walce z Wielkim Kryzysem zawdzięczały rozkręceniu robót publicznych. I obawiam się, że na tym poprzestali także propagandyści obozu władzy rozsnuwając opowieść o megalotnisku i kanale do Elbląga.

Autor polityki zagranicznej Pałacu Prezydenckiego, prof. Szczerski opowiedział nawet, że przekop Mierzei Wiślanej zmieni sytuację geopolityczną Polski. I uczyni nas nareszcie mocarstwem.

Tymczasem inwestycje publiczne rzeczywiście mogą być jedną z recept na kryzys. Tyle, że te inwestycje muszą mieć jakiś sens. A ekonomiczne uzasadnienie dla budowy wielkiego lotniska przesiadkowego między Warszawą a Łodzią było wątpliwe już przed światową pandemią. A teraz wydaje się równie sensowne, jak walka z suszą za pomocą importowanego czarownika z Afryki. Wiadomo, że na dobre kilka lat światowy ruch lotniczy znacząco zmaleje. Czy kiedykolwiek zdoła powrócić do modelu sprzed kryzysu? Opinie ekspertów są mocno podzielone. W każdym razie robienie ekonomicznego flagowca z budowy ogromnego lotniska wydaje się obecnie co najmniej wątpliwe. Argumenty na rzecz jego budowy są zasadniczo dwa. Pierwszy przypadkowo ujawnił jeden z ministrów. To rola Baranowa jako głównego lądowiska dla wojsk Amerykańskich na wypadek kryzysu politycznego grożącego wojną. Wiemy, że nasi sojusznicy nalegali na to, by Polska była gotowa na przyjęcie wielkiego mostu lotniczego o charakterze strategicznym. Co więcej, takie lotnisko powinno być położone na lewym brzegu Wisły (okazało się to wyrokiem na Modlin) i połączone z dogodnymi korytarzami transportowymi zarówno na linii wschód – zachód jak północ – południe. Baranów spełnia te wszystkie kryteria. Nie, przepraszam – spełni, jak włożymy kolejne kilkadziesiąt miliardów w budowę linii kolejowych i autostrad.

Inaczej mówiąc, CPK ma sens wyłącznie jako inwestycja o charakterze wojskowych. Opowiadanie banialuk, że będziemy centrum komunikacyjnym dla połowy świata, jest obliczone wyłącznie na naiwność odbiorców. Co gorsza jako lotnisko cywilne Baranów – o ile okaże się sukcesem – będzie kanibalizował porty regionalne i doprowadzi do kompletnego zatkania wylotu drogowego z Warszawy na zachód. Każdy, kto starał się dojechać na lotnisko de’Gaullea paryskim „peryferikiem” wie o czy mówię.

Pomysł na gigantyczne centrum transportowo-logistyczne miedzy warszawą a Łodzią miałby sens, jako końcówka nowego Szlaku Jedwabnego. Tyle, że pogłębiająca się gospodarcza zimna wojna USA z Chinami taki scenariusz stawia pod znakiem zapytania. Nie mówiąc już o tym, że ostatnią rzeczą jakiej mógłby życzyć sobie Waszyngton w sąsiedztwie wielkiej bazy wojskowej byłoby chińskie centrum logistyki.

Narracja o wielkim lotnisku godnym wielkiego mocarstwa Lechitów brzmi dobrze. Ale po zagłębieniu się w szczegóły łatwo zauważymy, że każdy polski podatnik płacąc swoje trzymiesięczne dochody otrzyma w zamian efektowaną skarbonę, do której najpewniej w takiej czy innej formie będzie musiał dopłacać.

Do stycznia tego roku ta inwestycja, jakkolwiek wątpliwa miała jeszcze jakiś cień ekonomicznego sensu. Teraz jedynym argumentem może być to, że bez CPK Amerykanie nie przyjadą nas bronić w razie wielkiej wojny. Jeśli tak jest to ok. Powiedzmy to a nie opowiadajmy bajek o przyszłych wielkich zyskach. A ukochane przez naszych włodarzy porównanie do Gdyni ma taki sens jak pomysł pokrojenia zapalniczki, bo przed wojną zapałki dzielono na czworo. Swoją drogą zapałki istotnie dzielono na czworo bo w II RP istniał państwowy monopol zapałczany i zapałki były (jak każdy produkt z państwowego monopolu) horrendalnie drogie. Sama Gdynia zaś musiała być zbudowana, bo Polska portu nie miała, a sukces ekonomiczny Gdyni podduszał gospodarczo port w Gdańsku, skłaniając władze Wolnego Miasta do mitygowania swojej wrogości wobec Polski.

Oooo właśnie! zakrzykną teraz zwolennicy przekopu Mierzei Wiślanej. Udusimy Kaliningrad, ożywimy Elbląg. O ile jednak CPK ma jakieś argumenty na rzecz budowy to przekop Mierzei wygląda jak spisek lobby żeglarskiego. No bo po kolei. W razie pełnego sukcesu budowy do Elbląga będą mogły wpływać statki o nośności nie większej niż 5-7 tysięcy ton. Współczesna żegluga międzynarodowa takich stateczków nie zna. Inaczej mówiąc, przekop będzie przydatny w najlepszym razie dla lokalnego handlu Elbląga i okolic z Państwami Bałtyckimi i Szwecją. Super. To szansa dla regionu. Obawiam się wszakże, że ten handel będą w stanie obsłużyć ze trzy stateczki w ciągu kwartału.

Owszem kanał będzie przydatny dla żeglarzy. Inwestycja w marinę w Elblągu zapewne się opłaci. Dla ludzi żeglujących po Zatoce Gdańskiej i Zalewie Wiślanym jest to świetna wiadomość. Skądinąd źródłem pomysłu przekopu było to, że lokalny baron PiS Edmund Krasowski jest zapalonym żeglarzem i denerwował się, że ma problem w przepłynięciem Cieśniny Pilawskiej. Więcej, to dobra wiadomość także dla turystów. Rejsy z sopockiego molo do Fromborka i Elbląga mogą się okazać hitem wycieczkowym następnych sezonów. Można nawet jakoś skleić takie wyprawy z kanałem elbląskim i zarabiać na turystyce.

No zaraz, ale nasi patrioci zakrzykną, najważniejsze jest to, że naplujemy Ruskim w kaszę. Tylko czy na pewno. Oczywiście pewną przykrością może być dla władz Kaliningradu to, że nie będą mogli jakiemuś posłowi zabronić przepłynięcia przez Cieśninę Pilawską. Ale Rosjanie są zasadniczo racjonalni. Wobec czego chętnie zrezygnują z drobnej przyjemności, bo dostają co najmniej dwa prezenty. Pierwszy to solidne oszczędności na pogłębianiu toru wodnego. Muł z Wisły będą teraz zbierali Polacy a reszta zatrzyma się na sztucznej wyspie którą zamierzamy zbudować na środku Zalewu. Zamiast zaszkodzić portowi w Kaliningradzie znacznie ułatwimy mu życie. A poza tym, skoro na mocy umów międzynarodowych Rosja musiała udostępniać polskim statkom i jachtom Cieśninę Pilawską, to Rosjanie sporo uwagi musieli poświęcać kamuflowaniu instalacji wojskowych w porcie Bałtijsk stanowiącym kluczową bazę wojskową. Teraz nie będą musieli, Cieśnina Pilawska stanie się wewnętrznym szlakiem żeglugowym rosyjskim. Kiedy dodamy do tego nie do końca jasne konsekwencje ekologiczne całego projektu to mamy obraz znacznie gorszy od Baranowa. Zamiast strategicznego sukcesu o którym trąbią uczestnicy piwnego spotkania w Krynicy Morskiej mamy inwestycję wyborczą obliczoną na pozyskanie paru tysięcy głosów w Elblągu i okolicach. No i jeszcze prztyczek w nos dany Gdańskowi i Gdyni, które w obliczu kryzysu walczą o każdą tonę towarów przeładowywanych na portowych nabrzeżach.

No ale to i tak drobiazg w porównaniu z kolejną ukochaną inwestycją obecnej władzy. Via Carpatia uroczyście reklamowana gdzie się da bez wątpienia ucieszy wyborców PiS na Podlasiu i Podkarpaciu. Tylko, że w wymiarze strategicznym będzie dla Polski kamieniem u szyi. Po pierwsze w razie sukcesu przekieruje sporą część tranzytu z południa Europy do tanich i atrakcyjnych portów w Rydze, Kłajpedzie i Windawie. Czyli uderzy po kieszeni Gdańsk, Gdynię i Szczecin. Nie mówiąc o okolicach autostrady A1 czy drogi S3. Trudno oprzeć się wrażeniu, że znowu chodzi o sporą porcję kiełbasy wyborczej dla swoich. A w wymiarze wielkiej polityki, Via Carpatia jest uderzeniem w interesy Ukrainy i Białorusi. Port w Odessie który był istotny z punktu widzenia tranzytu z basenu Morza Czarnego do Skandynawii, Polski czy Państw Bałtyckich stanie się portem peryferyjnym, zjedzonym przez rumuńską Constancę. No bo wyładowując towary w Rumunii wjeżdżamy do Unii Europejskiej i bez większych kłopotów jedziemy aż do Helsinek. W Odessie narażamy się na postoje na granicach, marne drogi itd., co nijak nie rekompensuje krótszego dystansu. Kiedy protestujemy przeciwko budowie Nord Streamu miejmy świadomość, że cały pomysł Trójmorza z drogą Via Carpatia na czele jest pomysłem spychającym Ukrainę w objęcia Rosyjskie a co najmniej odpychającym Ukrainę i Białoruś od Europy.

Stanisław Cat-Mackiewicz napisał kiedyś genialne zdanie podsumowujące sławne przemówienie Becka z maja 1939 roku: „Zbudował sobie pomnik z nagrobka własnej polityki”. Otóż opisane wyżej „piramidy Dudy i Morawieckiego” są próbą budowania sobie pomnika z nagrobka polityki wschodniej Lecha Kaczyńskiego.

Sztandarowa inwestycja czasów prezydentury Kaczyńskiego to był zakup rafinerii w litewskich Możejkach. Straszliwie krytykowana jako nieopłacalna (co nota bene nie było prawdą) przyniosła jednak paradoksalny efekt. Rosjanie, dokładnie w stylu naszego obecnego rządu z zemsty zamknęli rurociąg doprowadzający ropę do Możejek z rurociągu „Przyjaźń”, a przy okazji pompujący eksportowaną ropę do łotewskiego portu w Windawie. No to im pokazaliśmy, ucieszyli się. Na chwilę, bo okazało się, że ropę do wrażej rafinerii musieli sprzedawać droga morską z portu w Primorsku. A jego możliwości eksportowe były na wyczerpaniu. I skończyło się na tym, że przez 10 lat te brakujące 10 mln ton musieli eksportować przez Gdańsk, dając zarobić Polakom na przesyle z Płocka do Gdańska, no i oczywiście także naszemu portowi za obsługę. Oczywiście Rosjanie tym się różnili od polskich budowniczych piramid, że policzyli, iż bardziej opłaca im się sprzedawać ropę do bliskich Możejek niż po gorszej cenie do Niemiec czy Francji. My byśmy ją wylali a wrogowi nie sprzedali.

A serio. Inwestycje w infrastrukturę podejmuje się z perspektywą wieloletnią i po obliczeniu różnych, nie zawsze oczywistych konsekwencji. Tymczasem wszystkie trzy inwestycyjne lokomotywy obecnego rządu sprawiają wrażenie propagandowych wydmuszek połączonych z obfitą kiełbasą wyborczą. Wszystkie mają pewien sens, ale budzą na tyle dużo wątpliwości, że wydatkowanie gigantycznych pieniędzy z naszej kieszeni powinno być poprzedzone co najmniej długą dyskusją. No chyba, że żadna z nich nie powstanie, albo powstanie w formie kadłubowej.