Nasz przyjaciel smog
Mariusz Staniszewski 13.01.2017

Histeria smogowa powoli się kończy, bo ciemne chmury pyłów nad miastami rozwiał wiatr, a deszcz i śnieg sprowadziły je na ziemię. Nie znaczy to jednak, że temat się skończył – teraz toczy się rozgrywka o to, kto zarobi na walce ze smogiem.

Opisywana przez Arthura Conan Doyle’a londyńska mgła w rzeczywistości nie była zjawiskiem atmosferycznym, bo każdy, kto był w brytyjskiej stolicy wie, że wieje tam i pada nader często. Sherlock Holmes nie ścigał więc przestępców we mgle, ale w smogu, bo w tamtym czasie każdy niemal angielski dom ogrzewano kominkiem. Kominki zostały tam do dziś, ale są już tylko elementem dekoracyjnym. Palić w nich zakazano dawno temu. Zwykłemu smogowi Brytyjczycy potrafili jednak nadać wymiar tajemnicy i zyskała na tym literatura.

Na tym jednak londyńska historia z zanieczyszczeniami się nie skończyła. Kilkanaście lat temu burmistrzem miasta został wybrany Ken Livingstone, zwany też „Red Ken”, czyli „Czerwonym Kenem”. Przezwisko mówi wszystko o jego politycznych poglądach. Walcząc z zanieczyszczeniem centrum brytyjskiej stolicy, Livingstone wprowadził nową opłatę za wjazd autem do city – 5 funtów za każde auto.  Z centrum aut nieco ubyło, ale przede wszystkim w kasie miejskiej przybyło pieniędzy.

W ramach walki ze smogiem Londyn jako pierwsze miasto w Europie wprowadził też udogodnienia dla samochodów napędzanych wodorem. Ale i w innych częściach Europy zagrożenie zanieczyszczeniami pociągnęło za sobą szereg rozwiązań – Amsterdam ma przestawić się zupełnie na elektryczny transport w ciągu 10 lat, w Norwegii kupując samochód napędzany prądem właściwie nie płaci się podatku (przez to w drogiej Norwegii auta elektryczne są o połowę tańsze niż w Polsce). W wielu miastach UE pojazdy elektryczne mogą w centrach parkować za darmo, w innych parkomaty wyposażone są także w stacje dokujące, nie trzeba więc się martwić, że zabranie nam energii na powrót do domu. 

Zagrożenie smogiem nie tylko pomaga przełamać opór obywateli przed nowymi, kosztownymi rozwiązaniami, ale wręcz powoduje, że sami będą chcieli zapłacić więcej, by pozbyć się tej zarazy. Nikt przecież nie chce mieć raka, choroby wieńcowej, astmy i sam diabeł wie czego jeszcze. Gdy coś zagraża naszemu zdrowiu, przestajemy się zastanawiać nad kosztami.

Oczywiście można się zastanawiać, czy w polskich warunkach przestawianie się na auta elektryczne jest ekologiczne – wszak prąd produkuje się z niezbyt ekologicznego węgla. Zanieczyszczenia w miastach będą więc wytwarzane gdzie indziej, a na dodatek zapotrzebowanie na energię wzrośnie. Jednak walka ze smogiem może przyczynić się do dokonania skoku cywilizacyjnego. Zaprogramowanego trochę, bo wprowadzenia elektromobilności do europejskich miast domaga się od wszystkich państw UE – także polskich – Bruksela. Nowa gałąź gospodarki otwiera polskich firmom jednak nowe możliwości. Mogą stanąć w szranki z innymi, bo przepaść technologiczna nie jest tak ogromna jak w przypadku aut z tradycyjnymi napędami.

Co prawda temat zagrożenia smogowego zszedł z nagłówków serwisów informacyjnych, ale wróci pewnie, gdy bezwietrzna pogoda pogrąży miasta. Możemy być jednak pewni, że wkrótce usłyszymy o preferencjach dla użytkowników aut elektrycznych, ulgach dla producentów energii odnawialnej (na przykład biogazowni, które świetnie sprawdzają się w polskim klimacie), dofinansowaniu dla wymieniających kotły węglowe na bardziej ekologiczne i innych rozwiązaniach, które mają obniżyć zanieczyszczenia w centrach miast. Nie wiadomo do końca, czy będą to metody skuteczne, ale z pewnością spowodują, że biznes będzie się kręcił.