O terrorystach i moralnych rygorystach
Robert Gwiazdowski 11.12.2014

Dręczy mnie znajoma. A ściślej jej konkubent. Wynajmują rządowi Stanów Zjednoczonych rezydencję w Warszawie. Zaczęli się niepokoić, czy nie będą ponosić odpowiedzialności, choćby moralnej, jakby ktoś dopuścił się na ich posesji jakichś niecnych czynów. Bo taki nasuwa się im dziś wniosek, jak czytają, słuchają czy oglądają informacje na temat więzienia CIA w Kiejkutach. Chciałby więc uspokoić Wiesię i Andrzeja (to postacie nie wymyślone i ich posesja też ma swój konkretny adres). Nie poniesiecie odpowiedzialności, gdyby ambasador USA dopuścił się jakichś niecnych czynów w waszym domu. Prezydenta Kwaśniewskiego i Premiera Millera też pragnę uspokoić. To nie was, ani tym bardziej nie na nas, spada moralna odpowiedzialność za to, że w Kiejkutach CIA nie dawała spać terrorystom, a niektórych to nawet podtapiała i przystawiała wiertarkę do głowy.

Na kogo zatem wina spada? Na terrorystów! Cenię Senatora McCaina. Rozumiem jego stanowisko potępiające metody stosowane w więzieniach CIA. Jako torturowany przez wietnamskich komunistów jeniec wojenny, który w 2008 roku przegrał wybory prezydenckie z Obamą głównie z powodów rasizmu części wyborców, kierujących się jedynie kolorem skóry swojego kandydata, ma do tego pełne prawo, choć opublikowanie raportu Senatu USA o więzieniach CIA wygląda raczej na początek kampanii prezydenckiej 2016 roku, w której po stronie Republikanów może wystartować kolejny Bush – tym razem Jeb. Piszę to nie dlatego, że mam zamiar mu kibicować. Ale stawiana przez rygorystów moralnych teza, że pewnych rzeczy dobrzy ludzie nie robią nigdy przypomniała mi znów dyskusję, o której niedawno pisałem przy innej okazji o sposobach postępowania wobec terrorystów. Istnieją nie tylko terroryści, którzy już dokonali zamachu – torturowanie ich przypomina zemstę. Są też tacy, którzy zamachy planują. Czy nie możemy dla ratowania tych, którzy mogliby zginąć w tych nowych zamachach stosować tortur, by się dowiedzieć jakie są ich plany i uratować czyjeś życie? Po reakcjach na więzienia CIA można sądzić, że większość opinii publicznej jest temu przeciwna. Gdy to konkretne tortury konkretnych ludzi stoją naprzeciw niepewnemu zamachowi i ewentualnej śmierci ludzi całkiem nieokreślonych o rygoryzm moralny jest dużo łatwiej, niż wówczas gdy chodzi o bardziej skonkretyzowane ofiary. Niedawno wspomniałem już o tym przy innej okazji, ale teraz muszę znów.

Profesor Ilja Lazari Pawłowska pisała przed laty (gdy Czerwone Brygady mordowały porywanych ludzi) o warunkowym i bezwarunkowym obowiązywaniu norm moralnych, stawiając pytanie: co zrobić, gdy terroryści porwali dziecko i grożą, że je zabiją jak ich żądania nie zostaną spełnione. Wiemy że to zrobią. Już przysłali jego odcięty palec. A poprzednio zabili inne, mimo że ich żądania zostały spełnione. Ale udało się złapać jednego z nich. Wiemy, że jego „towarzysze” jeszcze o tym nie wiedzą. Czy mamy prawo wszystkimi metodami, jak najszybciej, wyrwać od niego informację, gdzie się ukrywają pozostali?

Dyskutowaliśmy to w czasach studenckich na seminarium u prof. Andrzeja Kojdera. Podzieliliśmy się oczywiście na dwie grupy. Absolutystów moralnych, zdaniem których tortury nie mogą być nigdy stosowane i relatywistów, którym się wydawało, że są sytuacje usprawiedliwiające odejście od tej zasady. Podział był mniej więcej równy. I wtedy profesor zaczął przesuwać granicę. Bo jeśli porywacze nie przysłali odciętego kciuka dziecka? Owszem, wcześniej inne zostało zamordowane, ale nie wiemy na pewno, czy to ci sami sprawcy. Czy wtedy też możemy odstąpić od zasad i stosować tortury? Takie ujęcie sprawiło, że przewagę zaczęli mieć moralni absolutyści. Ale tylko na moment.

Gdyby pytanie, czy należy torturować porywacza, postawić rodzicom porwanego dziecka jak by zareagowali? Gdy postawił nam je prof. Kojder absolutyści moralni natychmiast stracili przewagę. Wszyscy studenci płci męskiej oświadczyli, że sami by mu wyrwali, nie tylko paznokcie! Jedna z koleżanek pozostała niezłomna, ale jakby z mniejszym przekonaniem. Nie miała wówczas jeszcze dzieci, więc nie mogła wiedzieć jak zareaguje w sytuacji ekstremalnej. Nikt z nas tego o sobie nie wie. Więc – zdaniem absolutystów – najlepiej uciekać od konkretyzacji w rozważania ogóle. Nie o tym jak my byśmy postąpić chcieli, tylko jak „ludzie” postępować powinni. To jest trochę tak jak z wolą „ludu” u Rousseau. To nie jest wola wszystkich, ani wola większości.  Bo to nie jest wola ludzi, tylko „ludu”. Problem w tym, że nie ma takich ludzi, których można wciągnąć do zbioru „lud”. Bo postawmy pytanie rodzicom porwanego dziecka, co byliby gotowi zrobić dla jego ratowania? Ja osobiście zrobiłbym wszystko.