Rozmiar ma znaczenie, czyli dyskretny urok niemieckiego lobbingu
Artur Kiełbasiński 27.08.2019

Co zrobić jak twój biznes przestaje rosnąć? Zaproponować „ochronę rynku” poprzez działania administracyjne i powołać się na interes publiczny. Po mistrzowsku robią to właśnie niemieccy operatorzy portowi.

 

Z portu w Gdańsku właśnie wypłynął MSC Gülsün, największy kontenerowiec na świecie. Operatorzy terminalu DCT znakomicie wykorzystali wizytę kolosa (to zresztą jego dziewiczy rejs) do pokazania rosnącej pozycji polskich portów. Przeładowujemy coraz więcej towarów, w 2018 r. po raz pierwszy przekroczyliśmy 100 mln ton ładunków. Znakomicie rosną przeładunki kontenerów, tylko w Gdańsku wspomniany terminal DCT rośnie z roku na rok nawet o 20% i w ubiegłym roku przeładował niemal 2 mln TEU (to statystyczny odpowiednik 20-stopowego kontenera).

Co więcej w Gdańsku, Gdyni, Szczecinie i Świnoujściu inwestujemy miliardy w rozbudowę infrastruktury portowej. Pogłębianie torów wodnych, poprawę warunków nawigacyjnych, elektroniczne systemy naprowadzania jednostek, nowe terminale. Wszystko po to by największe statki korzystały z polskich portów. Pytanie – czemu statki „rosną” jest pytaniem retorycznym. Wspomniany MSC Gülsün może przewieźć z Azji do Europy 23 tys. kontenerów. Wcześniej – było to znacznie mniej – kilkanaście tysięcy, potem rekordziści brali na pokład 21 tys. TEU. Wszystko w imię obniżania kosztów. Im więcej kontenerów w jednym transporcie, tym koszt jednostkowy niższy. To zasada banalna, ale w logistyce mająca realny wpływ na działanie operatorów.

Tymczasem rosnące statki nie wszystkim się podobają. Bo sytuacja w portach jest dynamiczna. Gdy rosną przeładunki w Polsce (szczególnie w Gdańsku), w wielkim porcie Hamburg kontenerów ubywa. Wprawdzie obroty nadal są ogromne (w 2018 r. ok. 8 mln TEU, wobec 2 mln w Gdańsku), ale trend jest wyraźny.

Co więcej – Gdańsk położony nad otwartą samą zatoką ma o wiele większe możliwości rozwoju niż Hamburg będący w gruncie rzeczy portem rzecznym. Największe statki będą miały w Hamburgu problem, w Gdańsku – żadnego.

I w tym momencie widać jak „racjonalni” stają się Niemcy. Otóż środowisko tamtejszych operatorów zaapelowało do Komisji Europejskiej, aby administracyjnie regulować… wielkość kontenerowców zamawianych przez armatorów. Co więcej, lobbyści uderzają w wysokie tony. Nikt nie rozpisuje się o słabnącej pozycji Hamburga. Niemiecki biznes wyraża natomiast zaniepokojenie sytuacją europejskiego podatnika, bo trzeba rozbudowywać nabrzeża, pogłębiać tory podejściowe i inwestować. Bo armatorzy chcą wozić więcej, czyli taniej.

Problem oczywiście istnieje. Zgłaszają go właściciele spółek przeładunkowych. Rosnące gabaryty statków, to potrzeba budowania większych suwnic, ciągłego wzrostu urządzeń przeładunkowych, czyli kolejnych inwestycji. Wielkość, która sprzyja armatorom, faktycznie sprawia kłopot w portach. Ale administracyjne ograniczanie wielkości statków to absurd. Nawet jeśli ubrany jest w troskę o „europejskiego podatnika”.